Wyruszyłam spełnić marzenie...

"Istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej. " - R. Kapuściński
Ja... no cóż... trzeba przyznać, że na tą chorobę jestem właśnie chora. Zaczęłam podróżować jeszcze jako nastolatka. Powoli, z roku na rok autostopem odkrywałam Europę, później była Gruzja, Turcja, Maroko, Japonia. Z wyprawy na wyprawę coraz większy zachwyt światem, ludźmi, odmiennością kultur. Kiedy jeszcze ograniczały mnie czasowo studia wymarzyłam sobie, że gdy tylko je skończę wyruszę na długo w świat. Tak po prostu - bez większego celu, żeby poznawać, dotykać, smakować, zachwycać się odmiennością, a przede wszystkim budować siebie konfrontując swój świat ze światem napotkanym. Przekonałam się bowiem już nie raz, że wędrowanie po świecie to wspaniała okazja do wędrowania wgłąb siebie.
Wyruszam w zakątek świata, w który zawsze ciągnęło mnie najbardziej - do Ameryki Południowej. Podglądać życie Indian, zanurzyć się w dżungli, zobaczyć tukany, małpy i gigantyczne motyle, spłynąć Amazonką, zachwycić się ogromem Andów, odwiedzić zaginione miasta, posmakować lokalnych specjałów oraz rozmawiać z ludźmi, aby poznać ich świat, historię, kulturę, dowiedzieć się jak żyją.
Kiedy wrócę? Wrócę jak mi się znudzi, gdy poczuję, że marzenie spełnione, a bagaż doświadczeń wystarczająco wielki by bez wstydu przytaszczyć go do Polski. Wrócę, gdy przyjdzie na to czas. W planach mam pół roku wędrowania. Jak będzie w rzeczywistości pokaże los.



poniedziałek, 5 kwietnia 2010

"Historia de semana santa! En todos los colores!"

... czyli swieta bez pisanek.

Zawsze czas wielkanocny byl dla mnie specyficzny i wyjatowy. Przemyslenia, niosly mniejsze czy wieksze odrodzenia w duszy. Wiosna, ktora tak uwielbiam, po dlugiej bezslonecznej zimie oczekiwania.

Czekalam na wielki tydzien i jego obchody. Slyszalam niejedno o glebokiej poludniowoaerykanskiej wierze. Ze jest prawdziwsza, bardziej ekspresywna niz nasza. Malo ktory samochod nie ma tu wielkiej nalejki z Jezusem, Maryja lub jakis haslem glaszacym jak to Bog jest wielki i wszechmocny. To jeszcze bardziej  utwierdzalo w przekonaniu, ze ich wiara jest wlasnie taka jak mowia i  sprawialo ze czekalam z tym wieksza niecierpliwoscia. Wielkanocny kopniak byl tym, czego wlasnie teraz naprawde potrzebowalam. Niestety. Zamiast kopniaka otrzymalam jednak zaledwie delikatne ledwo zauwazalne musniecie. I duza doze rozczarowania.

Owszem w kosciele bylo troche ludzi. No ale, zeby sie szpilki wetknac nie dalo to bym nie powiedziala. Jak na najwiekszy kosciol w Cajamarce, ktora slynie na cale Peru z rozmachu, z jakim obchodzony jest wielki tydzien, to nawet powiedzialabym, ze marnie. Za to na ulicy - owszem. Ludzie korzystali z wolnego oblegajac place, supermarkety, lodziarnie. Ale nie bylo po nich widac swiat. Raczej wakacje. Byc moze gdzies tam, w pobozniejszych domach sa jakies rodzinne spotkania, wspolne posilki. Jednak tych ludzi, ktorych ja w swieta poznalam (a przewinelo sie ich troche), tyle ten niezwykly czas obchodzil, co kazdy inny zwykly dzien.roku . Obiad jaki sie nawinal, wieczorem imprezy z przyjaciolmi.  Duzo alkoholu, zabawy, glosna muzyka.

W Ameryce Latynoskiej nie ma ani kurczaczkow, ani pisanek, ani koszyczkow, ani dzielenia sie jajkiem. Chodzac po ulicach brakowalo mi tych wiosennych i swiatecznych ozdob, ktorych u nas jest az za duzo i pojawiaja sie na wiele dni przed swietami. W supermarketach, witrynach sklepowych, na domowych stolach, opakowaniach czekoladek. Czekoladowe zajace, cukrowe baranki, mini-trawniczki z rzerzuchy. A tu nic! Chodzilam po ulicy w poszukiwaniu swiat i ich slady udalo mi sie wypatrzyc TRZY. Jeden bardziej makabryczny od drugego... Pierwszym sladem byli uliczni sprzedawcy. Ci, z tych, co staraja sie sprzedac cokolwiek. Co codzien oblegaja najruchliwsze skwerki i uliczki krzyczac ze super promocja! dwa w cenie jednego! gratis dlugopis! oferta specjalnie dla ciebie! W wielki piatek przeniesli sie ze swoich skwerkow pod kosciol z nareczem kolorowych ksiazeczek-plakatow. Krzycza rownie donosnie jak codzien "Historia de seana santa! En todos los colores" (czyli: Historia wieliego tygodnia! We wszystkich kolorach!). Na plakatach za dolara kolorowe obrazki przedstawiaja Jezusa przed Pilatem, Jezusa na krzyzu, Jezusa zmartwychwstalego. Zarowno Jezus jak i krzyz do wyboru w roznych kolorach... Uliczny obiaw swiat nuer dwa odkrylam na stoiskach z piracimi plytami. Ogolnie roi sie od nich w calej Ameryce Poludniowej, a kupienie czegokolwiek oryginalnego graniczy z cudem. Slepy z legalnymi plytami nie maja tu po prostracji bytu. Tak wiec podobnie jak przekrzykuje sie na ulicach zgraja  sprzedawcow tak przekrzykuja sie nastawione na caly regulator glosy wszelikch mozliwych artystow, ktoch plyty na kolejnych stoiskach mozna kupic. Od folkloru po pop. Do tego dochodza telewizory w ktorych leca pirackie filmy. Telewizory  co prawda troche rzadsze, bo latwiej sobie na radio pozwolic niz na telewizor. Telewizory maja straganii luksusowe. No i tu wlasnie pojawia sie swiateczny akcent numer dwa: film "Pasja". Oczywiscie muzyka z glosniow leci swoja droga. Tak wiec na ekranie zakrwawiony Jezus upada pod ciezarem krzyza, a do tego radosnie przyspiewuje u Shakira czy jakas inna "gwiazda". Najbardziej prawdziwe i najbardziej smutne bylo trzecie objawienie swiat, ktore spotkalam juz na ulicach kolejnego odwiedzonego przeze nie miasta, Tujillo. Przechodzac  w Wielka Niedziele przez jakas biedna rozsypujaca sie dzielnice natknelam sie na taki oto obrazek: na maly skwerku stoi sklecona z desek i blachy falistej niewielka koslawa scena. Na tej scenie szescioro mlodych ludzi, w wieku okolo dwudziestu lat. Dwoch gitarzystow, spiewajacy klawiszowiec, dwie dziewczyny jako chorek i perkusita zasiadajacy przed swoim instrumentem na ogrodowym plastikowym krzeselku. Jakosc dzwieku straszna. Z trudem da sie odroznic slowa. Udalo mi sie jednak wylapac, ze spiewaja ze Jezus zmartwychwstal. Na widowni ustawiony rzadek dziesieciu plastikowych krzesel. Wszystkie miejsca zajete. Poza tym jeszcze z osiem osob przysuchuje sie na stojaco. Osiemnascie. Czyli liczyc, ze kazdy z wykonawcow zaprosil swoja rodzine to i tak nie wszyscy przyszli. Sa glownie babcie. Staraja sie tanczyc, spiewac i klaskac na tyle radosnie na ile im wiek pozwala. To, ta scena i tanczace babcie, byl najbardziej swiateczny obrazek ktory udalo i sie tej Wielkanocy zarejstrowac.

Oczywiscie. Jesli sie nie wierzy, to po co obchodzic swieta? Ale jesli sie nie wierzy to dlaczego obkleja sie saomchod Jezusami i wyznaniami wiary???

W takich chwilach jeszcze bardziej docenia sie Polska tradycje. U nas czy sie wierzy czy nie wierzy, to czas ten przebiega jakos pelniej. Rodzinniej i cieplej.

sobota, 3 kwietnia 2010

Jajkowo kurczakowo

Kochani!

Z okazji swiat zycze Wam wszystkim zielonej slonecznej wiosny w serduchach, naradzania sie na nowo, zmiany na lepsze, przezwyciezania wystkiego co zle...

Z bezpisankowego i bezkurczakowego Peru gorace swiateczne buziaki!!!!!

środa, 31 marca 2010

Cajamarca ostatniego Inka

Jestesmy w jednym z najbardziej symbolicznych miejsc w historii Peru, tam, gdzie w 1532 rozegraly sie wydarzenia, ktore kompletnie zmienily wyglad tej czesci swiata. Wtedy bowiem spotkal sie w Cajamarce Hiszpan z Inkiem, a spotkanie to skonczylo sie dla tego drugiego tragicznie. Konkwistadorzy ze Starego Swiata schwytali, uwiezili, a po kilku miesiacach stracili ostatniego wladce Atahualpe, a smierc ta dala poczatek koncowi wielkiego imperium. Tym samym narodzinom panowania w Peru kultury hiszpanskiej.

Ta historia unosi sie jeszcze w labiryncie Cajamarskich  uliczek. Atosfera tu panujaca jest niesamowita. Wsrod kolonialnych przepieknych kosciolow kryja sie jeszcze slady inkaskie i przedinkaskie siegajace trzech tysiecy lat wstecz. W powietrzu wisi oblepiajaca przechodnia lepka atmosfera spokojnej swojskosci. Przytulne zaulki, skwerki, fontanny. Kolorowe i gwarne targi. Zielone stoki gor.

Wieczorem przyjemnie usiasc na jednym ze skwerkow i popijajac chilijskie wino zasluchac w dzwieki gitary. W dzien pospacerowac uliczami, potargowac sie o lokalne wyroby, zrobic wycieczke za miasto czy  poprzesiadywac nad kawa w przytulnych kawiarniach. Te kilka dni, w ciagu ktorych intensywnie wchlaniamy atosfere tego miasta daje mi energie na dalsze podrozowanie, a dziewczyny napelnia "latynoameryanskoscia", ktora zawioza ze soba do Europy. Tu bowiem konczy sie nasze wspolne podrozowanie. Po serii serdecznych usciskow Karolina i Marika wiadaja w autobus wiozacy do Limy skad jutro odleca w strone Hiszpani.

Znowu zostaje sama w wielkim latynoskim swiecie. Smutno.





niedziela, 28 marca 2010

Dwa miasta pustynnej costy

Pierwsze miasto do ktorego trafaimy w Peru to Piura. Tu mamy okazje zmienic troche zdanie, ktore wyrobilysmy sobie o nowym kraju. Ulice przyjemnie zaskakuja czystoscia i nowoczesnoscia. Na najwiekszej z nich roi sie od bankow, przestronnych kawiarni i duzych, dobrze wyposarzonych, markowych sklepow z odzieza. Moje trzy koszulki, ktore ze soba z Europy przywiozlam, swoje juz w tej podrozy przezyly i nie prezentuja sie najlepiej, co daje nam doskonaly pretekst zeby zrobic sobie tak zwane "male babskie szalenstwo zakupowe". Okazuje sie, ze ceny ubran sa tu porownywalne lub nizsze niz w Polsce, a wybor naprawde duzy dzieki czemu nasze szalenstwo konczy sie tak jak zazwyczaj koncza sie male babskie szalenstwa zakupowe. Nie na jednym ciuszku, a na ciuszkow calym zestawie. I dla mnie  i dla dziewczyn.  Od kilku miesiecy pierwszy raz poczulam sie jakby troche bardziej domowo-europejsko-cywilizowanie. Zeby nie bylo! Kocham Latynoameryke za jej prawdziwosc, kolorowosc i targowa roznorodnosc, ale milo czasem od tego odetchnac takim wlasnie wieczorkiem jak ten.

Kolacja w knajpce i znowy mile zaskoczenie jesli chodzi o ceny. Za zupe i drugie placimy tylko 3 zl. a najadamy sie smacznie i do syta. Na koniec wizyta w supermarkecie. Wybor jak u nas, produkty krajowe i importowane, a ceny dwa, trzy razy nizsze niz w Polsce.  Po Ekwadorze, w ktorym  w skelpach nie bylo za wiele, naprawde szeroko otwieramy oczy ze zdziwienia i biegamy miedzy polkami pokazujac sobie to czy tamto. A na dopelnienie ow praktycznego, finansowego wrazenia nocleg w pierwszym napotkanym hosteliku za 10 zl od osoby. 

Piura dala troche odetchnac i przekonala, ze od strony widzenia portfela Peru bedzie bardzo bardzo pozytywne.

Drugie miasto to Chiclayo. Przyjechalysmy tu ze wzgledu na targ roslin magicznych. Wyobrazalysmy sobie szeregi straganow obwieszone najprzerozniejszymi suszonymi ziolami i krzatajace sie wokol nich przygarbione staruszki. Troche sympatyczne, troche tajemnicze. Nic z tych rzeczy. Na targu jest brudno, smierdzaco, handluje sie glownie chinska tandeta, a jedyne staruszki, ktore spotkalysmy wytykaja nas palcami i mowia "Mira! Gringa!" ( Patrz! Bialaska!) do swoich wnukow, czy kumoszek z sasiedniego straganu. Tak jak Piura byla przyjemna, tak Chiclayo jest nieprzyjemne. Na `odstres` serwujemy sobie lokalna pysznosc. Najbardziej tradycyjne i ukochane przez Peruwianczykow danie - cebiche. Sa to kawalki surowej ryby lub owocow morza z dodatkiem duzej ilosci cebuli, limonki i pietruszki. Do tego obowiazkowo kukurydza i gotowana yuca. Wyglada ow cudo tak:


Noc dopada nas, gdy probujemy wydostac sie na wylotowke.  Plan byl taki, zeby dotrzec za miasto i rozbic sie z namiocikiem w jakis krzakach. Plan diabli wzieli z momentem gdy motoriksiarz majacy wywiezc nas na odludzie zostawia nas w jedynym jasnym miejscu w okolicy, ktorym jest stacja benzynowa i mowi, ze dalej nie pojedzie, bo dalej niebezpiecznie. Wszelkie prosby-grozby nic nie daja. Zbyt niebezpiecznie. Zdanie to zgodnie potwierdzaja wszyscy zapytani ludzie i stanowczo odradzaja wytykanie nosa poza stacje. Dookola podobno slamsy w ktorych kwitnie slawna latynoamerykanska przestepczosc. Nie powiem - stracha nam narobili niemalego. Motoriksiarz dawno odjechal, a my nie za bardzo wiemy co ze soba zrobic. Jak to jednak zawsze bywa w sytuacjach bez wyjscia, wyjscie szybko sie znajduje: po obietnicach ze strony obslugi stacji, ze beda nas strzec jak oka w glowie, rozbijami namiociki na przystacyjnym parkingu. Znow sympatyczny europejski akcent. Tyle nocy sie przeciez przespalo na przyautostradowych stacjach w Niemczech, Wloszech, Hiszpani... :)

sobota, 27 marca 2010

A w Peru szaro buro sucho

Razem z przekroczeniem granicy zmienia się świat. Niespodziewanie, bardzo drastycznie i na dużo gorsze. Jak ręką odjął znikają z pejzażu zielone trawiaste pagórki, małe zagajniki, palmy, rozlegle plantacje platanów czy ryżu. W Peru nie ma nic. Jedyne co widzimy z okien autobusu to piaszczysto-pylaste pustynne równiny. Wszystko jest wyschnięte do cna, nie ma ani kapki zieleni, a jedyne rośliny, które się czasem zdarza, to szare kikuty byłych krzaczków. Do tego ten latynoski zwyczaj nie używania smietników jest tu jeszcze bardziej widoczny. Wzdłuż drogi, rozdmuchiwane przez wiatr walają się tooooony śmieci. Może to to wpływ ciężkiej, nieprzespanej nocy? Może faktycznie jest tak strasznie? Nie wiem.  Póki co jednak odbiór Peru jest co najmniej negatywny.

A! I jeszcze jest gorąco. Powiedziałam, ze nie ma nic. To pomyłka. Jest. Jest przerazliwie, ekstremalnie goraco. Ok 45 w cieniu jeżeli byłby cień. Ale że nie ma drzew, nie ma nic, to nie ma i cienia.  Jest wiec jeszcze cieplej. W blaszanym autobusie, ktorym sie toczymy tak cieplo, ze nie do wytrzymania.

W koncu jednak wysiadamy z ow autobusu-piekarnika. W przygranicznym miasteczku Tumbes. Juz juz mamy odetchnac z ulga, kiedy sie okazuje, ze tu jest jeszcze gorzej. Na miejscu nicosci wyrosly domy. Ale nie zwykle domy. Jakies szare, jakby niedokonczone kloce z wystajacymi ze wszystkich stron pretami zbrojeniowymi. Pozostal pyl, nieziemski upal, a do tego wszystkigo dolaczyly jeszcze zgraje naganiaczy. Obskakuja, krzycza, probuja cos wcisnac lub wciagnac do swojego autobusu czy taksowki. Uciekamy. Ale trudno stad uciec. Trudno isc w takim goracu, trudno sie opedzic od naganiaczy, trudno cos zlapac na stopa, bo na twarzy kazdego zatrzymanego kierowcy widnieje chytry usmieszek cwaniaczka co mysli jak tu na nas zarobic.

W koncu jednak, cierpliwosc nasza w tej ciezkiej probie zostaje wynagrodzona. Dobrzy ludzie sa i w peru. Jeden z nich w koncu zgarnia nas z drogi. Prujemy dobrym sportowym samochodem z klimatyzacja i przyjemna muzyczka, a za kierownica siedzi nie kto inny jak ubiegloroczny mistrz swiata w surfingu.

czwartek, 25 marca 2010

Cwierczwiecze na goracej coscie

Ekwador, tak jak wiekszosc krajow Andyjskich dzieli sie wyraznie na trzy czesci: coste, sierre i selve (czyli wybrzerze, gory i dzungle), ktore roznia sie od siebie klimatem, roslinnoscia, kultura, nawet porami roku (gdy np na coscie jest wiosna, w gorach panuje jesien). My mamy juz za soba przygode w soczyscie zielonej, goracej i obfitej we wszelkiego rodzaju zyjatka dzungli. Mamy rowniez na swym kacie chlodne i surowe, usiane wulkanami ekwadorskie gory. Czas na coste!

Pierwsza ciekawa rzecza, ktora nas spotyka, to sam dojazd na wybrzeze. Standardowo lapiemy stopa. Ze w trojke z bagarzami jest dosc ciezko sie gdziekolwiek wepchnac, nie wybrzydzamy. Zatrzymuje sie mala ciezarowka, ktora jedzie w nasza strone, wiec bez zastanowienia wskakujemy na pake. Mamy o tyle szczescie, ze pruje ona bezposrednio na wybrzeze. Juz mowie gdzie mamy nieszczescie... Na poczatku jada z nami jakies deski, siatka ryb i platany. Rybi "sok" dawno wyciekl z siatki, w ktorej ryby sa trzymane i przy zakretach przelewa sie to tu to tam. Cale szczescie ryby nie jada daleko. Sok zostaje, ale to pol biedy, bo i tak, gdzie mial wsiaknac, to juz wsiakl. Nie cieszymy sie jednak dlugo -  po chwili przystanek, zaladunek i dalej musimy jechac na workach z trocinami. Potem dochodzi jeszcze wor pomaranczy, ser (tez cieknacy).  Worki z trocinami gdzies po drodze zostawiamy i znowu jedziemu na dechach... Slowem na czym i z czym sie dalo jechac na tym i z tym jechalysmy. W zaleznosci od towaru pozycje byly rozne, zadna z nich wygodna. A na wybrzeze nie bylo blisko, drogi ekwadorskie wcale nie sa rowne, pogoda idealna tez nie byla - to wialo to padalo, to mocno grzalo sloncem.  Gdy wieczorem wysiadamy w docelowej wiosce rybackiej Crucita jestemy niezle zakurzone, smierdzace, poobijane i powyginane we wszystkie mozliwe strony. Ale szczesliwe. Bo oto jestesmy na Ekwadorskiej Coscie!:)

Jaka jest? Fajnie zielona, usiana plantacjami platanowymi i wszelkimi innymi i bardzo bardzo, BARDZO goraca (ekstremalnie goraca!!!!!!). W malych rybackich wioseczkach roi sie od kutrow, lodek, mew, pelikanow i przyjemnych knajpek z przepysznym morskim jedzonkiem (np krewetki w kokosie mniam!). Z plaza juz troche gorzej. Spodziewalysmy sie jej pieknej palmiastej o zlocistym piasku, blekitnej wody... Nie jest zle, ale karaiby to to nie sa. Plaza na tyle waska, ze strach sie rozbic, zeby w nocy fala nie podmyla, a palm po prostu nie ma.
Nastepnego dnia, z okazji moich cwierczwiecznych urodzinek postanawiamy znalezc cos lepszego. Jedziemy (na pakach w tym uuuuuupppppiiiiiooornym goracu) do miejscowosci Canoa. Juz bardziej turystycznej (glownie z powodu dobrych warunkow do surfingu) i mniej rybackiej. Plaza rowniez jest fajniejsza. Co prawda nadal nie ma upragnionych palm, ale za to jest naprawde wielka i mozna spokojnie zaszyc sie gdzies z namiocikiem nie martwiac ani o ludzi ani o fale. Tu zaczyna sie prawdziwe wielkie byczenie sie polaczone z czestymi wizytami w oceanie troche, lecz nie wiele, chlodniejszym od powietrza oraz knajpkach z owocami morza, w ktorych probujemy krewetek, ryb i innych osmiornic w coraz to nowszych formach.

A wieczorkiem wielkie swietowanie. W namiocie przystrojonym przez dziewczyny balonami popijamy ekwadorskiego samogona (tym razem z trzciny cukrowej, 1$ za pol litra, rowniez spod lady;) ) i zajadamy torta turystycznie, czyli dziabiac go lyzkami we trzy. Bez bawienia sie w jakies zbedne talerzyki!


Uch! Staro tak jakos...

wtorek, 23 marca 2010

Najpiekniejszy zbiornik wodny!

Plan na dzis to jezioro Quilotoa wypelniajace krater wygaslego wulkanu. Podobno przepieknie. Zobaczymy.

Anke podwozi nas do miejsca w ktorym pracuje. Szkoly polozonej wysoko w gorach. Opowiada nam, ze region, w ktorym sie znajdujemy (Zachodnie Cotopaxi) jest najbiedniejszym regionem w Ekwadorze. Przyczyna tego jest przede wszystkim surowy gorski klimat, ktory sprawia, ze do uprawy nadaja sie tylko ziemniaki i cebula. Nie wiele wiecej. 
Poki co, nie spotykamy jednak wielu ludzi i biedy, o ktorej Anke wspomniala tak wyraznie nie widac. Gdy wysiadamy przed szkola, na pustej drodze, dokola mamy przepiekne krajobrazy dolin i opadajacych w nie lagodnie stokow gor pokrytych poletkami upraw. Ogromne, ogromne przestrzenie. Na co zielenszych skrawkach pasa sie lamy, owce i alpaki. Postanawiamy nie lapac jeszcze stopa tylko powedrowac przed siebie droga i nacieszyc sie tym co mamy dookola. 
Gdy chodzenie sie nudzi, a na karcie pamieci sa juz zdjecia lam we wszystkich mozliwych ksztaltach, kolorach i pozycjach, lapiemy stopa i dojezdzamy nim do miasteczka Zumbahua. Tu od glownej drogi odbija mniejsza, prowadzaca do jeziorka.  W miasteczku biede juz widac. Widac ja na ulicy, na straganach, w twarzach ludzi. Kupiony w restauracyjce, gdzie stoluja sie lokalni, obiad kosztuje nie mniej niz gdzie indziej, ale zupa to w zasadzie goraca woda zabielona drobna kasza, a na drugie raz sie trafi na ryz z ziemniakami, raz na frytki z jajkiem. Miesa nie ma. Dzieci maja tu twarze doroslych, postarzale ciezkim klimatem. Na policzkach przekrwione rumience, jakby odmrozenia. Ich rodzice mowia, ze to od slonca i zimna. Niestety nie ma tu tego, co zauwazylam dotychczas w inych krajach, gdzie bieda niosla ze soba serdecznosc i pomocnosc. Tak bylo w Guzji czy w Maroko. Tu  jest inaczej. Tu gringo znaczy portfel, znaczy bogaty Amerykanin, ktorego mozna oszukac czy na cos naciagnac. Nie czujemy sie tu dobrze, czujemy sie obce, czujemy na plecach niemily wzrok bez sladow usmiechu. Uciekamy stad czym predzej.

Juz sie nie mozemy doczekac, juz sie cieszymy na chwile, kiedy ujrzymy ow przepiekne jezioro, o ktorym tyle slyszalysmy. Dojezdzamy do Miejscowosci Quilotoa... i niespodzianka - wszystko zasnute jest gesta szarobura mgla. Nie widac absolutnie nic. Nawet nie wiadomo gdzie jeziorko umiejscowic nie mowiac juz o jakichkolwiek zachwytach nad widokami. Jest przerazliwie zimno i co chwila siapi drobnym deszczem wiec wchodzimy do jakiegos hostelu z restauracyjka, zamawiamy kawe... i tak juz zostajemy. Ubrane we wszystkie cieple rzeczy, ktore mamy, trzesac sie z zimna przeczekujemy ta obrzydliwa pogode az do wieczora. Wieczorem namioty i spac. Z nadzieja ze rano bedzie piekne czyste niebo.

Pierwsza wynurzam sie z namiotu i w poszukiwaniu zakatka na "ubikacje" ide ze 20 metrow od namiotu za najblizszy wzgorek. I staje jak wryta! Za wzgorkiem wysoka skarpa spada w dol,  a u jej podnoza najpiekniejszy zbiornik wodny jaki kiedykolwiek widzialam. Ogromne zielono blekitne jezioro otoczone skalistymi gorami, ktore wraz z blekitnym niebem odbijaja sie w tafli. Majac przed soba takie widoki jemy sniadanko, a potem wyruszaamy na pieciogodzinny trekking dookola. Zmeczyc sie troche (co lubimy ogromnie) i popodziwiac ow cud ze wszystkich mozliwych stron.