Wyruszyłam spełnić marzenie...

"Istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej. " - R. Kapuściński
Ja... no cóż... trzeba przyznać, że na tą chorobę jestem właśnie chora. Zaczęłam podróżować jeszcze jako nastolatka. Powoli, z roku na rok autostopem odkrywałam Europę, później była Gruzja, Turcja, Maroko, Japonia. Z wyprawy na wyprawę coraz większy zachwyt światem, ludźmi, odmiennością kultur. Kiedy jeszcze ograniczały mnie czasowo studia wymarzyłam sobie, że gdy tylko je skończę wyruszę na długo w świat. Tak po prostu - bez większego celu, żeby poznawać, dotykać, smakować, zachwycać się odmiennością, a przede wszystkim budować siebie konfrontując swój świat ze światem napotkanym. Przekonałam się bowiem już nie raz, że wędrowanie po świecie to wspaniała okazja do wędrowania wgłąb siebie.
Wyruszam w zakątek świata, w który zawsze ciągnęło mnie najbardziej - do Ameryki Południowej. Podglądać życie Indian, zanurzyć się w dżungli, zobaczyć tukany, małpy i gigantyczne motyle, spłynąć Amazonką, zachwycić się ogromem Andów, odwiedzić zaginione miasta, posmakować lokalnych specjałów oraz rozmawiać z ludźmi, aby poznać ich świat, historię, kulturę, dowiedzieć się jak żyją.
Kiedy wrócę? Wrócę jak mi się znudzi, gdy poczuję, że marzenie spełnione, a bagaż doświadczeń wystarczająco wielki by bez wstydu przytaszczyć go do Polski. Wrócę, gdy przyjdzie na to czas. W planach mam pół roku wędrowania. Jak będzie w rzeczywistości pokaże los.



czwartek, 11 marca 2010

Przez ruinki, wodospady, plac pelen malp znow na wschod

Powoli sueniemy z Karolina na wschod. Tam na odebranie bedzie za kilka dni czekac nasza kolejna kolezanka - Marika (ow brakujacy rdzen wyprawy Ikarusowej). Zachecona przez Karoline, korzystajac z miesiecznego urlopu postanowila rowniez zawitac do krainy Indian. Po drodze jednak robimy sobie kilka przystankow na glebsze zanurzenie w Ekwadorskim swiecie.

Przystanek pierwszy: inkaskie ruinki Ingapirca. 

Same w sobie nie sa niczym ciekawym, tym bardziej ze cena za wstep wydaje sie byc zupelnie  nieadekwatna do wielkosci i jakosci obiektu. Poprzestajemy na wiec na ogladaniu z daleka. Ale nie zalujemy tluczenia sie tu stopem piaszczysta nierowna droga - okolica jest po prostu przepiekna. Lagodne stoki gor pokryte prostokatami pol w roznych odcieniach zolci i zieleni, indianie pracujacy wsrod upraw, kaniony z rwacymi rzekami. Cisza, spokoj, takie sobie wedrowanie...










Przystanek drugi: wodospad Pailon del Diablo

Po opuszczeniu Panamericany, sunac droga w dol w strone Oriente, zatrzymujemy sie na chwile w turystycznym miasteczku Baños. To, co przyciaga tu rzesze turystow zarowno ekwadorskich jak i zagranicznych to gorace zrodla. Dla nas jest tu jednak wystarczajaco goraco w powietrzu zeby jeszcze moczyc sie w wodzie. Okolica jest jednak piekna, usiana wiekszymi i mniejszymi wodospadami, kanionami rzecznymi, skalistymi szczytami i rozleglymi dollinami i stwarza dobry pretekst na spacerek. Dochodzimy do Pailon del Diablo - najwiekszego wodospadu w okolicy, wybieramy stanowisko z ladnym widokiem i przegryzajac bananowe chipsiki podziwiamy ogrom natury.



Przystanek trzeci: malpie Misuahli

Zrobilo sie dzunglascie i goraco. Jak sie dowiadujemy, w okol miasteczka Misuahli, do ktorego wlasnie zawitalysmy znajduje sie kilka wartych odwiedzenia miejsc - osada indianska, gigantyczne drzewo, piekna nadrzeczna plaza, motylarium... Ehe... Wszystko super... ale moze wieczorkiem? Teraz sobie pozdychajmy!
Wszystko za sprawa goracego poludniowego slonca, ktore panujaca w cieniu temperature ponad 40C podnosi  do ekstremow czlowieka wrecz obezwladniajacych. Jak ulal do tego goraca pasuje chlodne piwko, a do tego piwka babskie pogaduchy (eh! jak mi babskich pogaduch brakowalo;)). Tak my sobie gadu gadu, az tu nagle pojawiaja sie wlochaci, ogoniasci i bardzo psotliwi goscie. W misuahili rzadza MALPY! Tak, jak zwykle na miejskich placach spotkac mozna psy, tak tu o psa ciezko - gdy tylko sie jakis pojawi zaraz zostaje stanowczym krzykiem przez malpy przegoniony. Nie minela chwila, nie zdazylysmy sie nawet malpim sie pojawieniem zachwycic, a ja katem oka widze jak moje sombrero ucieka na drzewo. Chwila pertraktacji z malpa i juz jest znowu moje. Przywiazujemy wszystko do siebie, przygniatamy, przydeptujemy, ale zapominamy o butelce z woda. Chwila, moment, juz inny malpi gosc odkreca korek i wylewa sobie z  radoscia zawartosc na glowe. Potem w powstalej kaluzy kladzie na brzuchu i klapiac lapkami pluszcze zeby jeszcze bardziej sie ochlodzic. Co chwile jakas malpka podbiega i probuje nam cos wyrwac. Widzac jednak ze sie nie da, jedna z nich, przysiada karolinie na kolanach, chwyta mocno za nadgarstek i z glosnym wrzaskiem zaczyna nowa zdobycza wymachiwac na wszystkie strony co chwila lekko podgryzajac. Karolina siedzi i nie wie co robic. Ja zwijam sie ze smiechu naprzeciwko.

Kafejka internetowa. Krotki mail od Mariki mowi, ze juz jest, czeka na nas w Coca. Zarzucamy wiec plecaki na plecy i stajemy na drodze wskazujac kciukiem jeszcze bardziej na wschod.

poniedziałek, 8 marca 2010

Cuenca z Karolina

Koniec z samotnoscia. Przez najblizszy miesiac bede wedrowac juz nie sama. Jak to sie stalo ze w niedzielny wieczor witam sie z Karolina w centrum kolonialnej Cuenci?

Karoline znam z Gdanska. Razem ze mna i Marika (jeszcze sie tu Marika pojawi;)) byla rdzeniem pewnego pomyslu wyprawy Ikarusem w swiat. Poki co autobus nigdzie nie wyruszyl, ale przy okazji planowania  mialysmy okazje sie lepiej poznac i przekonac, ze wiecej jest takich szalonych ktorych droga ciagnie. Karolina skonczyla studia, akurat nie miala pracy, wiec pewnego dnia pomyslala: Czemu by nie Latynoameryka? Napisala do mnie gdzie mozemy sie spotkac, spakowala 30 litrowy bagaz podreczny i zespolem pociagow, samolotow i autobusow po trzech dniach podrozy znalazla sie w centrum kolonialnego miasta Cuenca. Przyjechalam tu specjalnie po nia zostawiajac za soba Oriente. Ale tylko na chwile. Wrocimy tam razem jeszcze lepiej poznac niesamowitosci dzungli.

Pod stara katedra witam sie z Karolina i  nagadac sie nie mozemy. Tak sie dawno nie widzialysmy, tyle przygod mialysmy po drodze. Wspolnie zanurzamy sie w gwarze miasta, odwiedzamy muzeum sombrerra (niesamowite przez ile procesow musi przejsc kapelusz zanim zostanie kapeluszem!), muzeum sztuki Ameryki Lacinskiej, kosztujemy lokalnych przysmakow, szalejemy z aparatem, zatrzymujemy sie na kawe w przyjemnych kawiarniach, gadamy, smiejemy sie, cieszymy.

Jak bardzo inaczej postrzega sie swiat gdy odbiera sie go z kims, gdy mozna go na bierzaco komentowac. Moja samotnosc nie byla zla i duzo mi dala z tego czego w towarzystwie doswiadczyc sie nie, ale teraz ciesze sie szalenie, ze moge wedrowac wspolnie.

Karolina
Cuencowi Indianie
W muzeum sombrerra
Cuenca,
Cuenca,
Cuenca...

piątek, 5 marca 2010

Rezerwat Cuyabeno

Wciaz przez dzungle jade na polnocny-wschod. Tam, gdzie znow konczy sie droga, prawie dokladnie na rowniku jest rzeka, a na rzece most. Tu zaczyna sie rezerwat Cuyabeno - najpiekniejszy i najbogatszy w faune i flore rezerwat w Ekwadorze i jeden z najpiekniejszych w calej Amazoni. Anakondy, manaty, rozowe delfiny, malpy, tysiace dziwnych kolorowych ptakow, unikatowe rosliny i wreszcie przecudowne wielkie jezioro z wystajacymi z wody poteznymi drzewami.

Wytaczam sie z rozklekotanego busa i staje przed okienkiem budki straznikow parku. Odpowiedz po drugiej stronie na pytanie ile wyprawa rzeka wglab dzungli kosztuje sprawia, ze postanawiam zaczac jeszcze raz, autostpem:
- Marze o tym, by zobaczyc rezerwat, ale nie mam wystarczajacej ilosci pieniedzy na zorganizowana wycieczke i przewodnika. Czy nie ma innego sposobu aby sie tam dostac? 
Myslalam, ze szybko zostane splawiona. Ale nie. Straznik zamysla sie.
- W zasadzie... hmmmmm.... inaczej niz w grupie zorganizowanej turystow nie wpuszczamy, ale... hmmm... moze cos wymyslimy. Jutro wybieramy sie tam z kolega sluzbowo i moze udaloby sie zabrac ciebie na poklad. Ale musisz poczekac. Do jutra.
- Jasne! Swietnie! Cudownie! Oczywiscie, ze poczekam.
(Ach! Znowu szczescie to moje nieslychane - mysle sobie)

Tak tez zaczelo sie moje poltoradniowe czekanie (okazalo sie bowiem, ze "jutro" to "jutro wieczorem") w goracu i wilgotnosci tak okrutniej, ze poza siedzeniem, zadna inna aktywnosc nie wchodzila w gre. Zadomawiam sie w strazniczej budce na dobre, a wszyscy w niej pracujacy opiekuja sie mna jak moga. Skutkiem tego sa na przyklad trzy rozne talerze pelne pysznoci postawione przede mna w porze obiadowej - kazdy przygotowujac posilek dla siebie przygotowal porcje i dla mnie.
Wieczorem straznik (na imie mu Florencio - ten  na zdjeciu po lewej) mowi vamos! (czyli idziemy), wsiadamy na motor i jedziemy do najblizszego miasteczka. Kolacyjka w restauracji, soczek w przyjemnej knajpce i dlugie rozmowy  o Polsce, Ekwadorze i dzungli z Florecjo i jego kolega Vicente (ten po prawej). To wlasnie z nimi dwoma plyne jutro do rezerwatu.

Wracamy, gdy jest juz dobrze po zmroku. Czarne nad nami niebo ma tyle gwiazd ile tylko mozna sobie wyobrazic. Tysiace, miliony! Droga mleczna odznacza sie wyraznie jasniejsza, a wielki woz spada dyszlem w horyzont zaznaczajac ze gwiazda polarna jest tuz tuz za nim. Do tego zjawisko niezwykle - wschod ogromnego, idealnie okraglego pomaranczowego ksiezyca. W tym niebie, czarnej dzungli po obu stronach drogi, predkosci, pedzie wiatru we wlosach jest magiczne i  zachwycajace doswiadczenie wolnosci.

Wracamy. Pytam gdzie moge sie umyc. 
- Jak to gdzie? W rzece!
- Jak to w rzece? A te piranie, krokodyle i anakondy, o ktorych tyle opowiadaliscie?
- No pasa nada. (Typowe dla nich powiedzonko oznaczajace, ze "spoko, nic sie nie stanie")
- Jak to no pasa? Przeciez nogi odgryzaja, zywcem polykaja!
- E tam! w filmach tylko.
'Ehe'-mysle sobie i ide spac brudna. Holywoodzkie filmy jednk potrafia czlowieka skutecznie czlowieka nastraszyc.
Nocuje  pod budkowym daszkiem i moja moskitierka, a rano, czujac ze moj aromat jest juz co najmniej nieprzyjemny dla mnie, a co dopiero dla mojego otoczenia, postanawiam zaryzykowac i wejsc do wody. Wielka radosc i zdziwienie gdy po serii standardowych zabiegow kosmetycznych udaje mi sie calo wyciagnac z wody obie nogi (mam je do dzis, mimo ze proceder ow niebezpieczny powtarzalam;).

Po kolejnym bezczynnym dniu i kolejnej serii sniadan i obiadkow w koncu wrzucam moj plecak na dziob drewnianego canou i zajmuje miejsce na pokladzie. Poza mna i straznikami jest tu jeszcze z pietnastu powaznie wygladajacych pasazerow. Jak sie pozniej okaze sa to przedstawiciele ministerstwa przyrody i innych zwiazanych z ekologia i regionem organizacji. Jada do jednj z cabañas (to takie ukryte w glebi puszczy zrobione w indianskim stylu hotelo-osady, zeby bogaci turysci mogli przezyc noc w dzungli) na konferencje dotyczaca ochrony rezerwatu. Moi sraznicy maja za zadanie bezpiecznie ich tam odstawic.

Rzeka Cuyabeno, ktora plyniemy jest na tyle waska, ze zdaje sie jakby otaczajaca ja dzungla miala ja zaraz pozrec swa ekspansywna poplatana zielenia. Plyniemy z duza predkoscia co rusz wymijajac zwalone pnie lub schylajac sie zeby nie zostac straconym przez rosnace nisko nad woda konary. Nad glowami przelatuja ptaki, wsrod koron drzew grasuja malpy, sploszone krokodyle wskakuja z pluskiem do wody. 

Potem rzeka przeradza sie w jezioro. Zatrzymujemy sie na srodku i po chwili cala ekipa, jeden po drugim, burzy spokoj tafli naglym pluskiem. Kapiemy sie, a w tym czasie slonce urzadza przepiekny spektakl czrwieniac niebo i wode.  Spokoj, cisza, njpiekniejszy zachod swiata i jeszcze ta swiadomosc, ze tam, kilka metrow pode mna, w tej samej wodzie istnieje swiat krow morskich, rozowych delfinow i innych przedziwnych stworow, ktorych wyobraznia nie ogarnia.

Juz po zmroku docieramy do cabaño. Plan byl taki, zebym spala w domku straznikow na podlodze, ale gdy tylko zapoznaje sie z pracujaca na miejscu ekipa, wszyscy jednoglosnie stwierdzaja, ze tak byc nie moze i dostaje swoja wlasna chatke. Co ciekawe wszystkie domki maja jakies ptasie nazwy, a mi trafia sie ta jakby dla mnie stworzona chatka- TUCÁN :)

Po wykwintnej kolacji na miare ministerstwa chlopaki pytaja czy mam ochote na nocna wywieczke lodka w poszukiwaniu aligatorow (to wlasnie w nocy sa najbardziej aktywne i najlatwiej je zobaczyc). Pytanie! Jasne, ze mam! Wyplywamy wiec i latarkami przeczesujemy przybrzezne chaszcze w poszukiwaniu zwierzat. Na koniec, juz wracajac, gasimy na chwile silnik i dryfujac lagodnie, gapimy sie w niebo i zachwycamy cisza i spokojem. Znowu magia!
Nastepnego dnia rano zaczyna sie konferencja. Jako ze po godzinie ogladania ptakow (ech! te drzewa cale w papugach!) nie pozostaje mi zbyt wiele do robienia, ukladam sie w hamaku  i przysluchuje dyskusji. Nie rozumiem wszystkiego, ale i tak wynosze duzo. Przerazam sie jak bardzo i jak bezmyslnie niszczy sie dzungle, zadziwiam jak proste moga byc rozwiazania i jak latwo mozna je wprowadzac w zycie. A jednak czlowiek glupi zwykle wybiera to co wygodnem nie to co dobre... smutne.
Po wykwintnym obiedzie (znow na miare ministerstwa) plecak laduje z powrotem na dziobie. Wracamy. Potem juz tylko ostatnia noc w budce nad rzeka i czas zegnac sie z dzungla. Ale to nie koniec przygody. Chlopaki zapraszaja w czasie, kiedy beda mieli urlop, to wybierzemy sie na kilkudiowe wedrowanie pieszo przez las. Obiecuje, ze jeszcze tu wroce. Nie sama. Z mala polska ekipa, po ktora wlasnie ruszam w zimne gory.

środa, 3 marca 2010

Pierwsze dzungli doswiadczanie

Panamericana wije sie na poludnie wsrod przepieknych widokow. Potem mnhiejsza droga tuz przed Quito odbija na wschod, przejezdza przez polozone 3km w gore od morza zimne przelecze, a potem ostrymi zakretami zjezdza w dol. Robi sie cieplej, cieplej... goraco. Coraz wiecej drzew, coraz bardziej roznorodne. I w koncu jest! Dotarlam! Widze ja! Jestem w AMAZONI!!!!! Dzungla jak okiem siegnac, powietrze jak wycisniete z sauny, totalnie dziko i totalnie pieknie. W dodatklu nawet sie nie spostrzeglam jak przejechalam rownik - jestem teraz po drugiej stronie swiata, kreci sie wszystko do gory nogami. Mam szczescie, bo lapie dlugiego, pieciogodzinnego stopa, z przesympatycznym kierowca, ktory co chwila wskazujac na jakis szczyt, most, drzewo opowiada co to, skad sie wzielo, jakie jest stare albo jakie wysokie. Dojezdzam z nim do samego konca, do miasteczka portowego Coca nad rzeka Rio Napo, ktora to z kolei jest bezposrednim doplywem Amazonki. Tu koncza sie drogi, dalej na wschod, tysiace kilometrow przez Peru, Kolumbie, Brazylie jest juz tylko dzungla pelna jaguarow, anakond, krokodyli i tysiaca innych przeroznych zwierzat i roslin.

Pierwsze doswiadczenei w Coca tuz po obudzeniu dnia nastepnego? Tropikalna ulewa. Dzieje sie to tak: Swieci sobie radosnie slonce, az tu nagle ni z tego ni z owego w jednej chwili niebo przykrywaja ciemne chmury. W nastepnej minucie juz pada. Nie, nie pada. Leje! Przez godzine spada z nieba tyle deszczu ile tylko jestescie w stanie sobie wyobrazic, ze przez godzine moze spasc. Potem (rowniez ni z tego ni z owego) z now, jak gdyby nigdy nie chmury z nieba uciekaja. Znow radosnie swieci sobei slonce.

Coca jest brzydka i poza tym, ze jest ostatnia i mozna z niej splynac dalej w glab, to nie ma tu czego szukac. Powstala razem z panoszacym sie tu przemyslem paliwowym. Ropa zjada dzungle. Nie tylko tu - przez najblizszy tydzien przyjdzie mi jeszcze raz ogladac wykarczowane polacie, na ktorych wyrosly gogantyczne plantacje paliwowe, ciagnace sie kilometrami rurociagi, sterczace ni z tego ni z owego zza gestego lasu  szyby naftowe, noca swietliste luny nad dzungla. Poza tym halas, drgania, odpady, zanieczyszczenia - to wszystko niszczy dzungle. Niesamowicie to smutne i przygnebiajace zobaczyc to na wlasne oczy jak nieodwracalnie zabija sie ten niesamowity swiat, ktory sie tu od wiekow dzial.

Chodze troche po brzydkiej Coce, zastanawiam sie co dalej (wszelkie opcje dostania sie do dzungli jakie zaproponowala mi informacja turystyczna przekraczaja moj miesieczny budzet, nie mowiac juz o trzydniowym), wedruje wsrod portowych straganow, z ktorych szczerza zeby swiezo zlowione piranie, stoje na moscie nad rzeka Napo i wpatrujac sie w zakrzaczony dzungla horyzont. Na przystani zagaduje mnie ekwadorczyk z duzym plecakiem. Skad jestes? Czemu sama? Gdzie jedziesz? Bla bla bla. - seria standardowych pytan. Rozmawiamy tak chwilke i szybko okazuje sie, ze jest robotnikiem z przemyslu petrolowego i wlasnei wybiera sie w raz z reszta ekipy w dol rzeki klasc w glebi dzungli kolejny rurociag. A nie daloby sie przypadkeim zabrac z wami na stopa? Jasne, ze by sie dalo! ... I tym sposobem wlasnie zlapalam pierwszego w swoim zyciu LODKOSTOPA!!!!! :D

To niesamowite jak marzenia sie spelniaja. Wystarczy reke wyciagnac. Jeszcze rok temu ogladalam to wszystko w internecie i wydawalo sie tak nierealne sie tu znalezc. Jeszcze dwa miesiace temu, gdy zostalam sama, balam sie, ze sobie bez towarzysza podrozy nie poradze, ze szybko bede musiala wracac. A dzis? Dzis sune szybka lodzia po jednym z doplywow Amazonki, a przed oczami przesuwa sie gesta przybrzezna dzungla. Kolejny raz ta dziecieca radosc od ucha do ucha!

Doplywam do indianskiej osady Pompeya, a dobrzy ludzie, ktorzy mnie tu przywiezli plyna dalej na wschod. Wysiadlam wlasnie tu, bo podobno 8km stad, ukryte w dzungli znajduje sie cudowne jezioro Laguna Limoncoche, ktorego brzegi roja sie od wszelkiejmasci i postaci zwierzat. Wedruje w upale, a nad glowa co chwila przelatuja ptaki, przez droge przebiegaja sploszone jaszczurki, co jakis czas, to po lewej to po prawej, wyrasta indianska chatka na palach.

Dochodze do wejscia do jeziorka i znowu mur - bardzo niesympatyczny pan, nie powiedziawszy nawet dzien dobry, informuje mnie, ze za wejsciena teren rezerwatu 5$, za przeplyniecie lodka wzdloz brzegu tak, zeby poobserwowac zwierzeta - 20$, za costam jeszcze 10$, nie, nie moge tu rozbic namiotu, nigdzie w okolicy tez nie. No to pieknie! Odwracam sie na piecie, ale z mocnym postanowieniem, ze tak latwo sie nie poddam i jeziorko tym czy innym sposobem zobacze.

Napotkana dziewczyna pokazuje mi sciezke, ktora podobno mozna zejsc do jeziorka. Przedzieram sie przez pierwsze krzaczory i po chwili zamiast jeziora na drodze staje mi chatka na palach i wpatrzone we mnie ciekawsko cztery pary oczu - jedne duze i trzy male. Okazuje sie, ze w osadzie Limoncoche znajduje sie ostatnia szkola podstawowa, wiec zjezdzaja sie tu indianskie dzieci ze wszelkich wiosek ukrytych w dzungli. Tak tez jest w przypadku trojki malych chlopcow (do ktorych naleza ow wpatrzone sie we mnie male pary oczu). Przyjechali tu prawie spod granicy z Peru, mieszkaja tu sami w domku na palach, a opiekuje sie nimi nauczyciel (para duzych oczu) i dobrzy ludzie z wioski, ktorzy co jakis czas przynosza im jedzenie i dogladaja czy wszystko dobrze. Maja czolno i bardzo chetnie przewioza mnie po jeziorze tuz przed zmrokiem kiedy jest najwiecej zwierzat, a tymczasem moge odpoczac w ich domku. Sa przesympatyczni, ciekawi swiata i bardzo goscinni. Po skromnej misce ryzu z jajkiem, schodzimy do brzegu blotnista sciezka (tu przekonalam sie dlaczego po dzungli chodzi sie boso albo w kaloszach; w sandalkach nie, bo sandalki zostaja w blocku;) ) wsiadamy do czolna i odbijamy od brzegu. W tak chwiejnym nawodnym wehikule nie mialam jeszcze okazji siedziec. Trzymam sie wiec kurczowo z obawy przed kapiela w jednym zbiorniku wraz z aligatorami i anakondami. Druga polowe uwagi poswiecam na obserwowanie harmidru, ktory robia zwierzeta wsrod przybrzeznych drzew. Ogromne kolorowe ptaki, cale gromady malych malp, motyle, wazki i cale chmaaaaaary komarow. Slonce przepieknymi kolorami chowa sie powoli za dzungla a my wracamy do domku. W drodze z powrotem blotnista sciezka doswiadczam niezwyklego spektaklu, cos jakby niebo na ziemie spadlo - cala dzungla swieci setkami swietlikow, malych, duzych i tak ogromnych jakby ktos latarce czolowce skrzydla doczepil. Chce isc, ale nauczyciel mowi, ze spokojnie moge zostac u nich na noc. Rozbijam swoja moskitierke na podlodze i spedzam spokojna noc w dzungli, w domku na palach.

sobota, 27 lutego 2010

Kolory Otavalo

Pierwszy przystanek w Ekwadorze to miasteczko Otavalo. Gdy tylko przyjezdzam wrazenie robi na mnie ilosc indian na ulicach. Stanowia bowiem jakies 90% mieszkancow miasta (a miasto wcale nie male - Tczew taki) i w dodatku najczesciej mozna ich zobaczyc w tradycyjnych strojach - mezczyzni w dlugich, zwiazanych w kitke, wlosach, z kapeluszami na glowach, kobiety w ciemnych welnianych spodnicach, zdobionych koronkowych bluzkach, przepasane w pasie kolorowa krajka, z welniana narzutka na ramionach (jestesmy bowiem wysoko w gorach i nie jest wcale tu tak cieplo).

W piatkowe popoludnie odwiedzam spektakularny wodospad Peguche, a potem juz tylko niecierpliwie czekam na sobotni poranek i jego barwny rynek.

Tutejsi indianie znani sa z wyrobu przepieknych tkanin, najczesciej welnianych.  Swoje wyroby artystyczne, razem z tysiacem innych produktow sprzedaja na cotygodniowym wielkim targu zalewajacym wszystkei uliczki centrum. Rynek ten, jesli chodzi o wielkosc, spokojnie mozna porownac do Jarmarku Dominikanskiego, z ta roznica, ze wiecej tu kolorow i mniej chinskiej tandety.

Szeroko otwieram oczy na to co mnie otacza, zanurzam sie w cotygodniowym tlumie kupujacych, sprzedajacych, kolorach, dzwiekach. Cudowna sprawa!









piątek, 26 lutego 2010

Z Kolumbii do Ekwadoru

Ostatnia Kolumbijska wycieczka. Z Pasto, gdzie goszcza mnie przyjaciele Bogockiej rodzinki, wybieram sie a jeden dzien nad jezioro Laguna La Cosha. Cisza, spokoj, totalny chilloucik i trzygodzinny spacerek z absolutnie przepieknymi widokami.


Nastepnego dnia wreszcie Ewador! Na granicy wita mnie deszcz i male straganiki, na ktorych lokalne kobiety sprzedaja (uwaga!) rekawiczki! (Przypominam, ze jestem na rowniku... )

Mimo deszczu jade stopem. Okazuje sie, ze podobnie jak we wczesniejszych krajach nie czekam dluzej niz chwilke. Potem juz tylko sune Panamericana przez gory i podziwiam widoki. Mimo deszczu i nisko wiszacych chmur potezne gory i rozciagajace sie na ich stokach plantacje wygladaja przepieknie. Nowa zielen do zieleni najpiekniejszych – zaraz za zielenia ryzu stoi zielen trzciny cukrowej. Ech! Jak tu pieknie!


czwartek, 25 lutego 2010

Banan o tysiacu obliczach

Przy temacie jedzenia pojawilo sie duzo o platanach, ale wciaz jeszcze nie bardzo wiadomo o co w nich chodzi. Otoz juz wyjasniam...

Banany mozna podzielic na dwa rodzaje: male slodkie zwane bananos, i duze mniej slodkie zwane platanos. Te pierwsze mozna jesc zaraz po obraniu ze skorki, te drugie trzeba usmazyc, upiec, ugrilowac czy poddac innej formie obrobki termicznej.

Dajmy na to mamy zielonego (malo dojrzalego) platana. Oto jak go mozemy potraktowac:

Skorke obieramy, wyrzucamy. Owoc tniemy na dosc duze kawalki i chwile smazymy na glebokim dobrze rozgrzanym oleju. Odsaczamy i.... rozplaszczamy (czesto specjalnie do tego przygotowana "rozplaszczarka"). Potem znowu wrzucamy w olej i chwile smazymy. Po wyjeciu mamy potrawe ktora nazywa sie patacones (i jest przepyszna). Chrupiace patakony mozemy dorzucic na talerz obiadowy i jesc mocno osolone (troche jak frytki) lub serwowac jako oddzielne danie/przekaske polane sosem pomidorowo cebulkowym i obficie posypane serem.
Albo... mamy platana i zupe. Wrzucamy wiec jedno do drugiego (nie odwrotnie!) i gotujemy niczym ziemniaka.

Albo... dajmy na to... czekamy z zielonym bananem az dojrzeje i sie zrobi zolty. Wtedy mozemy ow banana znowu obrac ze skorki, pokroic (tym razem cieniej) i usmazyc. Mamy danie, ktore nazywa sie platanos fritos (czyli platany smazone:P) i tym razem jest slodkawe w smaku i mieciutkie. Smazone platany podawane sa rowniez troche jako ziemniaki do obiadu czy kolacji.

Albo... mozemy zoltego platana po obraniu nie pokroic lecz ulozyc rowno z innymi obranymi zoltymi platanami na grillu i ugrilowac. Takiego gotowego platana przekraja sie wzdluz gdy jest jeszcze goracy i w srodek laduje slone maslo i mnostwo mnostwo startego zoltrego sera. 
Albo... gdy zapomnimy o naszym platanie i z zoltego zrobi sie czarny i bardzo miekki, mozemy zrobic z neigo papke i po polaczeniu z maka, jajkiem i szeregiem innych zwyczajnych "ciastowych" skladnikow zrobic ciasto platanowe. Bardzo bardzo smaczne.

A na polkach supermarketow, zamkniete w paczkach, obok chipsow ziemniaczanych stoja chipsy z platana zoltego, z platana zielonego czy juki. Slone, jak to chipsy, swietnie dogadujace sie z piwem i dobrym filmem:)