Co tydzien we wtorek do malego miasteczka Silvia ukrytego w gorach godzine drogi od Popayan zjezdzaja sie lokalni indianie zeby handlowac przeroznymi dobrami. Na targu jest wszystko – od zywych prosiakow, przez uzywana odziez, maczety az po owoce, warzywa, mieso. Barwy temu wszystkiemu dodaja sprzedajacy i handlujacy - ubrani w tradycyjne stroje indianie z plemienia Guambiano oraz kolorowe, obladowane autobusy chiva ze specjalnym dachem przeznaczonym do przewozu zarowno towaru jak i ludzi.
wtorek, 23 lutego 2010
niedziela, 21 lutego 2010
Biale miasto Popayan
Kolejny przystanek to miasto Popayan - bardzo popularna destynacja turystyczna w Kolumbii. Co wyroznia ta miejscowosc wsrod innych to kolonialne stare miasto, ktorego wszystkie domy sa biale. Przyjemnie sie tu poszwedac uliczkami, wypic kawe w naroznej kafejce, wejsc na gorujace nad miastem wzgorze i spojrzec na biale domy z innej, wyzszej perspektywy. Ciekawostka jest ilosc kosciolow przypadajacych w Popayan na jednostke powierzchni - w niewielkim centrum jest ich az dziewiec (naturalnie wszystkie biale!). Jako, ze nie mam zadnej map nie lada sztuka okazuje sie odnalezienie ich wszystkich w zaulkach uliczek . Czesto bowiem nie sa wolno stojace i otoczone placem, lecz wcisniete gdzieniegdzie pomiedzy inne budynki.
Tu spotyka mnie tez kolejna niespodzianka kulinarna - napoj o nazwie champús, ktorego mozna sie napic tylko w tych okolicach. Jest to taki prawie-kompot urzadzony z ananasa, owocow lulu i kukurydzy gotowanych z dodatkiem cukru trzcinowego. Mocno schlodzone, rownie mocno orzezwiajace na dnie kubeczka zostawia po sobie pyszna owocowo kukurydziana mieszanke do wyjedzenia lyzeczka:)
sobota, 20 lutego 2010
Posagi w San Augustin
U krancow doliny Magdaleny, tam, gdzie rzeka jest jeszcze waska i rwaca lezy miasteczko San Augustin, a tuz pod nim najwieksze w Kolumbii wykopaliska arheologiczne. Zwiedzajac pokaznych rozmiarow park mozna podzsiwiac groby z V w. p.n.e. oraz kurhany i wielkie kamienne posagi ludzi i zwierzat, ktore zachowaly sie z czasow swietnosci kultury San Augustin czyli I w. p.n.e. – VIII w. n.e.
Chodze wiec po parku, roztapiam sie z goraca i pstrykam foty kamulcom o coraz dziwniejszych wyrazach twarzy.
piątek, 19 lutego 2010
Dolina rzeki Magdaleny i pewne spostrzezenia
Pamietacie Mikolaja i jego wielkiego tira wiozacego coca-cole w telewizorze w kazde swieta? Takim coca-colowym tirem sune przez doline rzeki Magdaleny:) Widoki znow niesamowite - plaska rozlegla dolina zielona ta moja ulubiona zielenia, w ktorej mialam okazje zakochac sie juz w Japoni, zielenia ryzu. Wielkie wielkie pola po sam horyzont, a na horyzoncie szare kontury Andow. Kolejna okazja zeby sie swiatem troche pozachwycac.
Noc spedzam w miasteczku Neiva, ktore jest miasteczkiem zupelnie zwyklym. Poniewaz przychodzi mi przewedrowac je cale na piechote (od "wlotowki" do "wylotowki") moge poobserwowac jak zyja zwykle miasteczka. No coz - urokliwie nie jest, na pewno ciekawie.
Potem znowu droga, droga, droga, krajobrazy, przestrzenie, kolejne pogaduszki z kierowcami...
No to teraz spostrzezenia...
1. Spostrzeglam, ze moze byc tak goraco, ze nie da sie zasnac, myslec ni utrzymywac innych funkcji organizmu poza tymi najbardziej podstawowymi.
2. Spostrzeglam, ze pasazerow zupelnie nie bulwersuje to, ze kierowca duzego miedzymiastowego autobusu zatrzymuje sie na srodku drogi tylko po to zeby sobie przez dobre 5 min popodrywac autostopowiczke.
3. Spostrzeglam, ze tu, w przeciwienstwie do Europy, gdy chcesz przewedrowac miasteczko nikt nie puka sie po glowie wskazujac na autobus tylko pokazuje droge i mowi, ze to np ok 2h marszu.
4. Spostrzeglam, ze jedno to cena za bilet autobusowy, drugie to koszt przejazdu po rozmowie z kierowca. Wszystko tu jest negocjowalne i przy odpowiednim targowaniu sie mozna obnizyc cene z 20tys pesos do 7 tys pesos. (czyt. Ania obnizyla:])
5. W reszcie spostrzeglam wielki dziwny kapelusz w sklepie i po krotkim targowaniu spostrzeglam go znow juz na swojej glowie. Chwale sie, bo jestem z mojego kapelusza niezwykle dumna i czuje sie w nim jeszcze bardziej wedrowniczo, wloczykijowsko, ze moim domem droga... no dobra - rozpedzilam sie troche:P Kapelusz ma tylko jedna wade. Hmmm... Dwie wady. Pierwsza wada - zawadza o sufity. Druga wada - wielkie i stosunkowo lekkie rondo sprawia jest latwo zdmuchiwalny przez wiatr, dzieki czemu dziala tylko wtedy, gdy nie wieje.
A wygladam teraz tak:
I reszta fotek z drogi:
Noc spedzam w miasteczku Neiva, ktore jest miasteczkiem zupelnie zwyklym. Poniewaz przychodzi mi przewedrowac je cale na piechote (od "wlotowki" do "wylotowki") moge poobserwowac jak zyja zwykle miasteczka. No coz - urokliwie nie jest, na pewno ciekawie.
Potem znowu droga, droga, droga, krajobrazy, przestrzenie, kolejne pogaduszki z kierowcami...
No to teraz spostrzezenia...
1. Spostrzeglam, ze moze byc tak goraco, ze nie da sie zasnac, myslec ni utrzymywac innych funkcji organizmu poza tymi najbardziej podstawowymi.
2. Spostrzeglam, ze pasazerow zupelnie nie bulwersuje to, ze kierowca duzego miedzymiastowego autobusu zatrzymuje sie na srodku drogi tylko po to zeby sobie przez dobre 5 min popodrywac autostopowiczke.
3. Spostrzeglam, ze tu, w przeciwienstwie do Europy, gdy chcesz przewedrowac miasteczko nikt nie puka sie po glowie wskazujac na autobus tylko pokazuje droge i mowi, ze to np ok 2h marszu.
4. Spostrzeglam, ze jedno to cena za bilet autobusowy, drugie to koszt przejazdu po rozmowie z kierowca. Wszystko tu jest negocjowalne i przy odpowiednim targowaniu sie mozna obnizyc cene z 20tys pesos do 7 tys pesos. (czyt. Ania obnizyla:])
5. W reszcie spostrzeglam wielki dziwny kapelusz w sklepie i po krotkim targowaniu spostrzeglam go znow juz na swojej glowie. Chwale sie, bo jestem z mojego kapelusza niezwykle dumna i czuje sie w nim jeszcze bardziej wedrowniczo, wloczykijowsko, ze moim domem droga... no dobra - rozpedzilam sie troche:P Kapelusz ma tylko jedna wade. Hmmm... Dwie wady. Pierwsza wada - zawadza o sufity. Druga wada - wielkie i stosunkowo lekkie rondo sprawia jest latwo zdmuchiwalny przez wiatr, dzieki czemu dziala tylko wtedy, gdy nie wieje.
A wygladam teraz tak:
I reszta fotek z drogi:
miasteczko zwykle
autobus utargowany
dzieci kolumbijskie
środa, 17 lutego 2010
Jem!
Moja dieta glodowa trwala 10 dni i gdy sie wreszczie skonczyla (mniej wiecej w czasie gdy wjezdzalam do Zona Cafetera) zaczelam nadrabiac jedzeniowe zaleglosci w stopniu conajmniej niewyobrazalnym. Tak to chyba jest z efektem jojo wlasnie:P Ale ja tu nie przyjechalam ani sie odchudzac ani tyc, wiec nie zwazajac na wszelkie "efekty" zaczelam kosztowac lokalnych smakolykow przejezdzajac przez kolejne male miasteczka.
W Bogocie bylo jeszcze gorzej (lepiej!:P). Rodzinka u ktorej mieszkalam skutecznie dbala o to, abym nigdy glodna nie byla i zdazyla zasmakowac wszystkich lokalnych przysmakow. Codziennie wiec przygotowywali cos innego tradycyjnego dzieki czemu kuchnie kolumbijska moglam poznac na wylot.
W kolumbijskich zoladkach dominuje ryz, banany, kukurydza i czerwona fasolka. To wszystko w bardzo bardzo dla nas, Polakow niewiarygodnych postaciach i odmianach. Chronologicznie wyglada to tak:
Inne typowe sniadanie to lekka zupa ziemniaczana, a do tego zawiniatka zwane envuelto. Jest to zolta, intensywna w smaku papka kukurydziana ciasno opatulona w kukurydziany lisc i w tym lisciu gotowana.
Ok 12, 1 przychodzi w tych stronach czas na obiad.
Najpierw zupa. W gestej kolumbijskeij zupie plywa wszystko! Jest kukurydza, ziemniaki, korzen juki, gotowane platany, w koncu duzy kawal miesa z koscia do "obgryzienia".
Typowy obiad wyglada wiec mniej wiecej tak:
Do obiadu pije sie przewaznie soki z przeroznych owocow lub agua panela czyli slodki cieply napoj koloru herbaty zrobiony na bazie cukru trzcinowego.
Co ciekawe taki obiad w mniejszej biedniejszej restauracyjce potrafi kosztowac 5-6 zl, co tym bardziej zacheca do jedzenia po kolumbijsku;)
Na kolacje przychodzi czas ok 20. Co do skladu jest podobna do obiadu, lecz nieco lzejsza. I nie ma zupy. Znow mamy ryz, kawalek miesa, ryby, gotowane warzywa czy smazone platany.
Na kolacje przychodzi czas ok 20. Co do skladu jest podobna do obiadu, lecz nieco lzejsza. I nie ma zupy. Znow mamy ryz, kawalek miesa, ryby, gotowane warzywa czy smazone platany.
Mmmmmm. W kolumbii jest przepysznie!
Ale ale... zeby nie bylo ze sie cudza kuchnia zachwycam, a naszej nie szerze, musze powiedziec, ze w podziekowaniu za goscine przygotowalam DWIESCIE PIEROGOW RUSKICH! Zajelo mi to 7godzin i nastepnego dnia mialam zakwasy i odciski od walkowania, ale bylo warto - Kolumbijczycy lubia pierogi! Najbardziej z pomidorowo cebulkowym sosem... :P
Ale ale... zeby nie bylo ze sie cudza kuchnia zachwycam, a naszej nie szerze, musze powiedziec, ze w podziekowaniu za goscine przygotowalam DWIESCIE PIEROGOW RUSKICH! Zajelo mi to 7godzin i nastepnego dnia mialam zakwasy i odciski od walkowania, ale bylo warto - Kolumbijczycy lubia pierogi! Najbardziej z pomidorowo cebulkowym sosem... :P
wtorek, 16 lutego 2010
Owoce, o ktorych istnieniu nie mialam pojecia
Czy wspominalam juz, ze Kolumbia to owocowy raj? Jak pierwszy raz weszlam na targ bylam w szoku ile owocow jest na swiecie i jak dziwacznie moga wygladac. Z przyjemnoscia zaprezentuje niektore z nich (bo to nawet nie polowa!). Najpyszniejsze to kolczasta guanabana, maracuya (szczegolnie sok z niej), mangostino, pitaya i moje uuuuukkkkkoooochane mango. Poza tymi owocami sa rowniez przepyszne owoce w Polsce powszechnie znane jak arbuzy, melony, sliwki czy kokos. Raj nie z tej ziemi!!!!! :D
Aha! oczywiscie z nich wszystkich mozna zrobic pyszny sok, co sie tu powszechnie praktykuje. (Przez tydzien w Bogocie kazdego dnia na sniadanie, obiad i kolacje mialam sok z innego owoca!)
hmmmmm.... mysle o przeprowadzce do Kolumbiii:P
hmmmmm.... mysle o przeprowadzce do Kolumbiii:P
mamey
chirimoya
maracuya
maracuya od srodka
sapote
sapote od srodka
guanabana
guanabana od srodka
anon
mango
(mango znalam ale pojecia nie mialam ze moze miec tyle odmian
- jak u nas z jablkami!)
pitaya od srodka
papayuela
granadilla
uchuba
papaya
lulo
tomate de arbol
mangostino
guayaba
poniedziałek, 15 lutego 2010
... i wokol Bogoty
Korzystajac z fin de semana (czyli weekendu) zostalam zabrana kolejno na dwie wycieczki za miasto.
W niedziele paleczke przejmuja rodzice i dzadkowie. Znowu pakujemy sie do samochodu i jedziemy za miasto. Tym razem na polnoc do miasteczka Zipaquirá, gdzie w stokach gory znajduje sie ogromna kopalnia soli. Podobnie jak w naszej Weliczce , w jednej z podziemnych komnat powstala katedra oraz wiodaca do niej dlugim tunalem wyrzezbiona w soli droga krzyzowa. Trzeba przyznac, ze do Wieliczki sie nie umywa aczkolwiek rowniez robi wrazenie. Szczegolnie ciekawe jest dowiedziec sie o pochodzeniu soli wlasnie w tej czesci And oraz o tym jak przed wiekami odkryli ja mieszkajacy tu indianie, jak wielka miala dla nich wage i jakie ceremonie sie z nia wiazaly.
Subskrybuj:
Posty (Atom)