Wyruszyłam spełnić marzenie...

"Istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej. " - R. Kapuściński
Ja... no cóż... trzeba przyznać, że na tą chorobę jestem właśnie chora. Zaczęłam podróżować jeszcze jako nastolatka. Powoli, z roku na rok autostopem odkrywałam Europę, później była Gruzja, Turcja, Maroko, Japonia. Z wyprawy na wyprawę coraz większy zachwyt światem, ludźmi, odmiennością kultur. Kiedy jeszcze ograniczały mnie czasowo studia wymarzyłam sobie, że gdy tylko je skończę wyruszę na długo w świat. Tak po prostu - bez większego celu, żeby poznawać, dotykać, smakować, zachwycać się odmiennością, a przede wszystkim budować siebie konfrontując swój świat ze światem napotkanym. Przekonałam się bowiem już nie raz, że wędrowanie po świecie to wspaniała okazja do wędrowania wgłąb siebie.
Wyruszam w zakątek świata, w który zawsze ciągnęło mnie najbardziej - do Ameryki Południowej. Podglądać życie Indian, zanurzyć się w dżungli, zobaczyć tukany, małpy i gigantyczne motyle, spłynąć Amazonką, zachwycić się ogromem Andów, odwiedzić zaginione miasta, posmakować lokalnych specjałów oraz rozmawiać z ludźmi, aby poznać ich świat, historię, kulturę, dowiedzieć się jak żyją.
Kiedy wrócę? Wrócę jak mi się znudzi, gdy poczuję, że marzenie spełnione, a bagaż doświadczeń wystarczająco wielki by bez wstydu przytaszczyć go do Polski. Wrócę, gdy przyjdzie na to czas. W planach mam pół roku wędrowania. Jak będzie w rzeczywistości pokaże los.



środa, 5 maja 2010

Biel aż po horyzont




Moja podróż ma "wolną wolę". Nic jej nie narzucam. Toczy się gdzie chce i jak chce, a ja grzecznie się jej poddaję dziwiąc nieustannie w jak cudowne miejsca mnie wiedzie i jak niesamowitych ludzi stawia na mojej drodze. Ja co najwyżej czasem podpowiadam, sugeruję, nakierowuję. Ale po cichutku żeby dobrego losu nie spłoszyć. Nie MUSZĘ. Nie mam żelaznych celów ani terminów i to czyni moje podróżowanie pięknym.

Zdjęcie salaru Uyuni zobaczyłam pierwszy raz w internecie na pierwszym roku. Pomyślałam "wow!", ustawiłam jako tapetę na pulpicie i od tamtej chwili marzyłam aby dotknąć stopą tej bezkresnej beli. Dzień w dzień zerkał na mnie salar z monitora i urzekał swoim pięknem, tak bardzo, że urósł w marzenie o wielkiej podróży. (Tej samej, którą właśnie czynię). Ten boliwijski salar nie jest więc dla mnie tylko salarem -  jest pewnym symbolem spełniania marzeń, wyjątkiem w zasadzie NIE MUSZENIA. Jak już udało mi się dotrzeć do Boliwii, postanowiłam, że MUSI mi się udać dotrzeć na ów salar z tapety.

Dziś rozsiadam się na krześle z soli, przy stole z soli, przed hotelem z soli i zajadam na obiad kruche ciasteczka.  (tylko to było w małym sklepiku, gdzie próbowałam kupić coś na drogę). Oddycham głęboko słonym powietrzem. Wszędzie dookoła, aż po horyzont ciągnie się biel, biel, biel.... 

Ale powiem wam - nie było łatwo się tu dostać. 

Możliwość bycia tu jest w zasadzie zarezerwowana dla tych, którzy wykupią wycieczkę.  Wgłąb salaru nie wiodą żadne drogi, nie jeżdżą autobusy, pociągi ani prywatne samochody. Bo po co? Nic tam nie ma, tylko biel. Jedynym środkiem transportu, który co rusz przecina to słone pustkowie są jeepy 4x4 wiozące zorganizowane grupy turystów. Żeby spełnić marzenie byłam nawet skłonna rozważyć ten pomysł za (jak się okazało) 100$. Ale gdy tak rozważałam pojawił się jeszcze jeden problem - moje absolutne niedostosowanie do temperatury w nocy  dochodzącej na salarze do -20.  Do kosztów wycieczki musiałabym więc doliczyć drugie tyle na jakieś ciepłe ciuchy (tego typu rzeczy są tu bardzo drogie). Nie da rady – mój budżet tego nie wytrzyma. Postanawiam odłożyć Jeepowe dogłębne zwiedzanie salara na lepsze czasy, a teraz zobaczyć go na tyle na ile się da na własną ręke. ( A życie przecież już nie raz pokazało jak wiele da się MIMO WSZYSTKO!)

I tak to dojechałam autostopem do miejsca gdzie droga dotyka skraju salaru. Nie jest on w tym miejscu jeszcze zbyt urodziwy - raczej szarobury niż biały, ale zawsze to jakieś coś - uszczerbek spełnionego marzenia. Zarządziłam więc krótki spacerek i podreptałam.  Minęło mnie kilka turystycznych jeepów. Odzew na machanie zerowy (ale czego się spodziewać?) Kilka przejechało, nagle jeden się zatrzymał - oniemiałam na chwile z wrażenia. Samochód w przeciwieństwie do całej reszty nie był wyładowany turystami. Za kierownicą siedział kucharz. Co się okazało? Na środku salaru stoi jeden budynek - zbudowany w całości z soli hotel, do którego siłą rzeczy dwa trzy razy dziennie jeździ jakiś samochód - z prowiantem, z pracownikami lub tak jak teraz - z kucharzem. Chyba nie muszę podkreślać jakie miałam szczęście?!? Mój dobroczyńca miał na miejscu przygotować obiad i za dwie godziny wracał. Czy mogło być piękniej!?!?!?!?!
 
Rozsiadam się więc na rzeczonym na krześle z soli, przy stole z soli, przed hotelem z soli i podziwiam. Robię zdjęcia, krótki spacer, testuję smak hotelu... Słony.

Muszę chyba naprędce wymyślić sobie jakieś nowe marzenia, bo te co miałam zaskakująco dobrze się spełniają;) 
 






wtorek, 4 maja 2010

Autostopem przez Altiplano

Z autostopem jest w Boliwii bardzo ciężko.  Wiedziałam to ze słyszenia, teraz juz wiem z autopsji. Już raz próbowałam dostać się w ten sposób z Oruro do Sucre. Po dwóch godzinach stania w pyle i kurzu na wylotówce zrobiłam w tył zwrot i podreptałam na terminal autobusowy. Powiecie: co to są dwie godziny? Owszem bywało że stałam 4, 6, rekord pobiłam w Chorwacji łapiąc stopa przez 14 h. Ale zazwyczaj gdy się tak stoi i nic nie bierze, to ktoś czasem chociaż machnie-kiwnie że mu przykro, że jedzie tylko tu, że zaraz zakręca, że miejsca nie ma, cokolwiek... Tu czułam się całkiem wtopiona w kurz. Nikt nie zwracał zupełnie żadnej uwagi na moją rozpaczliwie machającą na poboczu obecność. Nie było żadnych szans.

Pozostały więc autobusy i tak też dotychczas przemierzałam boliwijskie równiny. Ale jakie autobusy w Ameryce Południowej są  takie są i nawet najcierpliwszy człowiek miałby ich prędzej czy później dość. Ja nie dość że super cierpliwa nie jestem to i przez pięc miesięcy trochę się już nimi natłukłam.Często pół takiego autobusu to matki z dziećmi które wrzeszczą (dzieci, nie matki;)) starając się chyba zagłuszyć ten straszny trzask dobiegający z głośników na cały regulator. I jeszcze można by wytrzymać trzeszczącą bachate i dzieci (przecież taki dzieci przyuwilej że wrzeszcą) gdyby nie .. zasłonki. Okienne zasłonki tak brudne, że często nie ma człowiek odwagi ich nawet odgarnąć,  by zobaczyć choć trochę świata.  A gdy  już się odważy, to i tak tego świata widzi tylko mały rąbek. Świat się przeraźliwie trzęsie ( trzeszczy i krzyczy)...  Zasłonki nie pozwalają podziwiać, a to już przeważa szalę!

Rozumiecie więc sami czemu - mimo że w Boliwi trudno - wracam do "stopowania".





Wydostaję się z centrum Potosi na wylotówkę. Raczej próbuję się wydostać, bo wcale mi to nie idzie. Owszem - dzierżę w ręce mapę, ale niestety ogranicza się ona do centrum i strzałki "do Uyuni" umieszczonej już tam gdzie nie ma ulic. Gdzieś tam na intuicję doszłam ale na totalnych przedmieściach  nawet intuicja rozkłada ręce. Zdezorientowana zaczepiam więc przechodniów i pytam o drogę.  I tu objawia się kolejna charakterystyczna dla latynosów cecha - jak nie wie to wymyśla! Kolejnych osiem osób (a każda miała wyraz twarzy stanowczej pewności siebie) skierowało mnie w osiem różnych stron. I nie zrobili tego żeby mnie zmylić czy z braku uprzejmosci. Wręcz przeciwnie - byli mili i bardzo chcieli pomóc, jednak sami nie mieli widać pojęcia jak trafić na wylotówkę. A co jak co - Latynos do niewiedzy się nie przyzna. Radzi więc sobie jak może i naprędce wymyśla odpowiedź.
W końcu jednak udało się wyjść z labiryntu mniejszych i większych uliczek Potosi i stanąć na poboczu. Zaczęło się jechanie przez wielkie boliwijskie Altiplano czyli  płaskowyż położony na (bagatela) 3500mnpm. W zasadzie w tym wszystkim więcej było stania, siedzenia, czekania i powolnego dreptania wzdłuż drogi, niż jechania. Moje tempo nie było więc zawrotne (średnio ok 20 km/h), ale trzeba przyznać, że suma sumarum jakoś jednak poruszałam się w stronę Uyuni. Powiem Wam wiecej - mimo, że tak powoli i z licznymi przesiadkami - nie żałuję wyboru. Było PRZEPIĘKNIE! Niedaleko za Potosi skończył się asfalt, a z nim najdrobniejsze oznaki cywilizacji. Została nierówna piaszczysta droga, pustynne równiny, stada lam, alpak i dzikich wikuni i - co najniesamowitrze - wielkie dwumetrowe kaktusy. Tam gdzie udało się jakimś cudem, przez to pustkowie porzedostać wodzie, powstały zielone oazy. Oazy niezwykłe, bo i na pustyni byłam niezwykłej - położonej na wysokości 3,5 tys metrów i znacznie znacznie zimniejszej niż wszelkie standardowe pustynie. W oazach, zamiast standardowych palm wystrzeliwały zielenią wysokogórskie liściaste drzewa. Bardzo to wszystko ładne było!


Ostatni samochód był czymś w rodzaju stara i człapał się powoli. Bardzo powoli... niemiłosiernie powoli. Jeszcze byłam daleko od celu (cały dzień przemierzałam niecałe 200km) jak zaczęło się robić ciemno i zimno. Zimno, zimniej, przeraźliwie zimno! Koszulka, bluzka termiczna, koszula, dwa polary i szal z alpaki, a i tak trzęsę się jak galareta. W końcu dojeżdżamy do miasteczka Uyuni - miejsca wypadowego na salar, które zdaje się pełnić niewiele innych funkcji poza obsługiwaniem turystów. Jedyny hotelik spełniający wymogi mojej kieszeni jaki udało mi się znaleźć był nieogrzewany i bardzo przewiewny. Nie muszę chyba dodawać że im później się robiło tym zimniej. Zakopałam się więc w każdej jednej dostępnej ciepłej rzeczy i jakoś przetrwałam noc. Rano okazało się że było -1. No coż - gdy się pakowałam (dzierżąc w ręce bilet na karaiby) nie przewidziałam takich temperatur. W końcu byłam pomiędzy zwrotnikami!

poniedziałek, 3 maja 2010

Potosi


Zimno. Przeraźliwie zimno. Mimo zakopania się w puchowym śpiworze i wszystkich hostelowych kocach budzę się zakatarzona i z dużą niechęcią do świata. Całe szczęście w Potosi - kolejnym boliwijskim miasteczku, w którym się znalazłam, nie ma za wiele. Takie sobie ot górniczo - kolonialne miasteczko. Mapy, przewodniki, nawet UNESCO pieją nad Potosi z zachwytu. Gdyby tu się znaleźć znienacka prosto z Europy, pewnie możnaby westchnąć i głęboko się nad urokiem Potosi zadumać. Ja już jednak chyba za dużo w ostatnim czasie widziałam i nie tak łatwo mnie zachwycić. Po dwudziestu kolonialnych (skądinąd cudownych) miastach jestem już jednak trochę znudzona. (To chyba kolejny znak że czas już wracać, pożyć trochę życiem codziennym, odwyknąć od zachwytów, po to, żeby znów za jakiś czas zachwycić się na nowo z całej siły).

Drepczę sobie więc po Potosi troszkę bez celu, troszkę z obowiązku (jak już się przyjechało to trzeba!) i sprawdzam dlaczego warto tu być. Jak się okazuje główną atrakcją jest Cerro Rico czyli po polsku "bogata góra". Nazwę taką otrzymała dlatego, że w jej wnętrzu kryły się i do dziś kryją ogromne złoża drogocennych kruszców – głównie srebra, cynku i miedzi. Tą górę właśnie i jej czarne i długie kopalniane korytarze odwiedzają dzień w dzień dziesiątki turystów. Przewodnicy opowiadają historię tego wzgórza i pokazują jak wygląda życie górników. Zapewne atrakcja bardzo ciekawa i być może nawet skusiłabym się na takie zwiedzanie gdyby nie to, że przecież już jedną kopalnię miałam okazję odwiedzić w Peru. Pewnie mniejszą i nie tak spektakularną, ale z drugiej strony może ciekawszą bo „prawdziwszą” - nie przyzwyczajoną do ciekawskich oczu turystów.



Rezygnuje więc z wycieczki do Cerro Rico i po krótkim spacerze po starówce wracam do obskurnego pokoiku (czego się spodziewać za 10 zł?), biorę ciepły prysznic, łykam polopirynkę i zakopuję błogo w puchowym śpiworku i wszystkich hostelowych kocach.


niedziela, 2 maja 2010

NIedzielny targ w Tarabuco

Mała boliwijska kafejka internetowa. Jakieś kilka, kilkanaście dni temu.  (a może to była jeszcze kafejka peruwiańska?) Układam trasę podróży. Mapę konfrontuje z internetem, błądzę myślami po Altiplano i zastanawiam się co by tu w najbliższych dniach odwiedzić. Rzecz jasna, znaczenie wiodące w tym gdzie i kiedy dotrę - jak zwykle - ma los, ale w razie czego muszę wiedzieć w jakim kierunku mu pomóc.

Gwiazdka na mapie. Wpisuję w google nazwę pod gwiazdką. T A R A B U C O. Czemuż to miałoby być warto tam jechać?  Google odpowiada:

"Tarabuco Market is the best place to experience the unique indigenous Yampara culture, and get amongst the locals in their eye-catching traditional costumes. Tarabuco Market is held on Sunday. The day trip to Tarabuco, about 65 km southeast of Sucre, is one of the highlights around Sucre."

Świetnie. Pobyt w Sucre planuję więc tak żeby zahaczał o jakąś niedziele.

I jestem. Sobota, 1 maja 2010. Drepczę po głównym rynku 25 de Mayo i zastanawiam się jak tu do Tarabuco trafić. Pierwsza myśl (zupełnie w takich okolicznościach naturalna) to informacja turystyczna. Sztucznie usmiechnięta pani w tłumaczy, że trzeba kupić u niej bilet za (w przeliczeniu) 20zł i o 9:00  czekać na autobus na głównym placu miasta. Wziąwszy pod uwagę boliwijskie ceny za transport i fakt, że za tyle można pół kraju "bus-cama" przejechac, wyczuwam turystyczną pułapkę. Jestem przekonana, że autochtoni docierają tam taniej. Tylko jak? Nic prostszego tylko znaleźć jakiegoś autochtona i zapytać.  Jak się pewnie domyślacie, wystarczy chwilka, kilku zaczepionych przechodniów i już wiem wszystko, co chcę wiedzieć...

... a rano w niedzielę tę wiedzę wcielam w życie. Kilka przystanków miejskim autobusem, i już mój (kiedyś pomarańczowy, dziś szarobury) plecak ląduje na dachu  razem z krzesłami, worami z owocami, warzywami, tkaninami, Bóg wie czym, ja znajduję miejsce ramie w ramie z zakutaną w kolorowe chusty babuleńką i wszyscy razem podskakujemy na licznych wybojach na drodze do Terabuco.  Zapewne jest odrobinę mniej wygodnie i może pachnie trochę gorzej niż w tym co oferują turystom, ale za to równie szybko, częściej niż raz dziennie (więc nie trzeba się dostosowywać i można spędzić na targu tyle czasu ile nam się podoba), a już na pewno bardziej "poznawczo".  No i za mniej niż połowę ceny.

-----------------------------------------------------------------------

Standardowo już zanurzam się w targowym tłumie, rozglądam, poznaję, chwytam ile się da wszystkimi dostępnymi zmysłami.  Ze stożka granatów wybieram tego, który wydaje się, że będzie najsmaczniejszy, wdrapuję się na górujące nad targiem wzniesienie i walcząc z cieknącą po twarzy, szyi, rękach czerwienia (jakże pyszny to był granat!) obserwuję targowe zamieszanie. Tych kolorów, ludzi, towarów nie ma co go ubierać w słowa - lepiej zamknąć w kadr.







sobota, 1 maja 2010

Kto pracuje w swieto pracy?

Pierwszy maja. Wylądowałam w malym kolonialnym miasteczku Sucre, ktore jest konstytucyjna stolica Boliwii (tak naprawde jednak wszystko dzieje sie w La Paz). Miasteczko same w sobie bardzo przyjemne. Biale kolonialne domy pokryte czerwona dachowka, przyjemne waskie brukowane uliczki, fontanny, place, koscioly, parki. Wszystko jak zywcem przeniesione z Polwyspu Iberyjskiego. Ba! podobno jest to jedno z najlepiej zachowanych w Ameryce miast o architekturze hiszpanskiej.



Na glownym placu przed biala katedra kolorowe defilady maszerują z okazji swieta. Mezczyzni w mundurach, indianskie kobiety w charakterystycznych dla regionu strojach. Stłoczeni w grupkach robotnicy wymachuja falagami syndykatow i krzycza cos niezrozumiale przez megafony. Ludzie sie ciesza lub walcza o swoje prawa. Pierwszego maja nikt nie pracuje. Nikt? Podchodzi do mnie mala, moze piecioletnia dziewczynka. Ubrana jest bardzo biednie. Cala zasmarkana. W rece trzyma drewnianą skrzyneczke. Nawoluje, ze tanio czysci buty. Jej brat, niewiele starszy, siedzi juz na chodniku przed jakims biznesmenem. Z podobnej skrzyneczki wyciaga szczotki i szmatki, ustawia noge w drogim lakierku na specjalnym podescie i zaczyna prace. Wprawnymi ruchami czysci i poleruje but. Lewy, prawy. Widac, ze robi to nie pierwszy w zyciu raz. Biznesmen w lsniacych butach wciska w raczke chlopca dwuboliwinowa monete - to nie cala zlotowka - i pewnym krokiem odchodzi w swoja strone. Takich dzieci jest tu wiecej. Mlodsze biegaja ze skrzyneczkami, starsze - silniejsze i wyzsze - podchodza do parkujacych kierowcow z wiadrami wody i detergentem oferujac umycie samochodu. Pierwszego maja  p r a w i e  nikt nie pracuje...


To nie pierwszy taki obrazek, który widzę w mojej podróży, choć dziś chyba uderza mnie jeszcze bardziej niż zwykle. W Ameryce Lacinskiej dzieci z biedniejszych domow dorosleja szybciej. Normalnym jest, ze dziesiacioletnia dziewczynka odrabia lekcje na ladzie sklepowej. Gdy wchodzisz, na chwile przerywa, zeby zapakowac w torebke chleb czy ser i odliczyc reszte. To te lepsze przypadki. Sa i takie dzieci, ktore do szkoly nie chodza w ogole.


Rozmawialam kiedys (jeszcze w Ekwadorze) z wlascicielem malej restauracyjki. W tym czasie jego syn (moze dziesiec, jedenascie lat) czyscil stoly.

- Skad jestes? - pyta.

- Z Polski, z Europy.

- Taaak? Tam takie dziwne prawa w tej Europie maja. W Polsce tez tak jest, ze dzieci nie moga pracowac? Tylko do szkoly maja chodzic?

- Zgadza sie. Takie jest prawo.

- Co za bzdura! Kto to pomyslal, zeby dziecko nie mialo pracowac? Dziwne te wasze prawo...


Te dzieci, ktore sa jeszcze za male zeby pracowac, niemowlaki i dwu-, trzylatki przesiaduja na ulicach przy straganach swoich rodzicow. Najmlodsze owiniete grubo w koce leza na chodniku w cieniu straganikow na kolkach, z ktorych kobiety sprzedaja swiezo wyciskany sok z pomaranczy czy domowe wypieki. Te dzieci, ktore potrafia juz siedziec, spedzaja cale dnie wystawiajac ciekawo glowki z kartonowych  pudelek. Karton dobrze izoluje od zimna, a dziecko nigdzie nie ucieknie w chwili nieuwagi. Matka ma straganik, na ktorym smazy frytki, albo faszerowane kulki z puré. Zza dymiacej patelni zerka czasem na synka.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Mam bilet do domu:)

Wlasnie wklepalam ostatnie numerki karty kredytowej na stronie Ryanair. Polece z nimi z Barcelony do Gdanska. Wczesniej Avianca z Guayaquil w Ekwadorze, przez Bogote (ukochana choc brzydka:) ) do Barcelony, gdzie zrobie sobie trzydniowy przystanek w pewnym mieszkanku z widokiem na cudowne miasto Gaudiego. Tam czekaja juz na mnie przyjaciele z grillem i czasem zarezerwowanym na pogaduchy (tak przynajmniej twierdza;) ).   Czemu trasa taka pokretna? (zwazywszy na to ze jestem juz kilka tys km od ekwadoru, w Boliwii) Powodem oczywiscie byla cena. Bo jak to zwykle bywa - im pokretniej tym taniej:)

Bym zapomniala o najwazniejszym! Kiedy wracam? W Barcelonie jestem 24 maja, w Gdansku trzy dni pozniej, 27 wieczorem.

Teraz, kiedy juz wiecie, mozecie szykowac ramiona na usciski i watroby na impreze powitalna;)

Julka, Remik, Lukasz! Rozpalajcie grilla:D

wtorek, 27 kwietnia 2010

La Paz znaczy pokój

La Paz to największa, licząca ponad dwa miliony mieszkańców, aglomeracja Boliwii. Ukryta w niecce ze wszech stron otoczonej pustynnymi górami, pośród bezkresnej nicości Altiplano. Nikt by się tu miasta nie spodziewał. A jednak jest. I ma się całkiem dobrze w praktyce przejmując rolę stolicy po Sucre, które takową zdaje się być już tylko na papierze. To tu bowiem, w La Paz, mieści się siedziba rządu, administracja i tu toczy się całe „państwowe życie”.

La Paz po hiszpańsku znaczy pokój. I we mnie pojawiło się (jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności czy też może naturalną koleją rzeczy) ogromnie dużo spokoju, gdy tam byłam. I uczucie jakiegoś takiego zakochania, pogodzenia, wyciszenia. Takie uczucie, które trudno ubrać w słowa. Zaczarowało mnie to miasto totalnie. A stało się to zupełnie jak w filmach - od pierwszego wejrzenia.

Do miasta wjeżdżamy od góry (bo jak tu inaczej wjechać w nieckę?). My czyli ja i reszta pasażerów rozklekotanego mikrobusika z granicy. Wjeżdżamy i oczy otwieramy szeroko, nosy przyklejamy do szyb. Mimo że część pasażerów z pewnością jest tutejsza i wiedziała czego się spodziewać, widok jest taki, że zapiera dech absolutnie każdemu. Czy jest tu pierwszy czy setny raz. Nagle kończy się wszechobecność trawy i bezkresność nicości, a proste dotąd jak strzelił drogi zamieniają się w kręte i strome uliczki chylące się ku dolinie. Na samym jej dnie - centrum miasta z reprezentacyjnymi wieżowcami i odchodzące od niego we wszystkie strony (lecz zawsze pod górę) ulice z domami i domkami wszelkiej maści. Im dalej, a tym samym wyżej, tym domki mniejsze i biedniejsze i tym ich więcej jeden na drugim. Wszystko to, razem wzięte, daje ilość okien trudną do wyobrażenia sobie. Okna te zaś dają czerwonemu zachodzącemu słońcu prawdziwe pole do popisu – aby się w nich rozpraszać, odbijać i załamywać tworząc niesamowity spektakl kolorów, świateł i cieni. A to wszystko widziane z wzniesienia jak na dłoni. Wyobraźcie to sobie i spróbujcie nie westchnąć. W moim mikrobusiku pasażerowie z przyklejonymi do szyb nosami wzdychają. Ja wzdycham i się zakochuję.

Wędruję wolnym krokiem po głównej ulicy miasta czekając na mojego hosta. Czysto tu i schludnie (pierwszy raz od kilku miesięcy widzę kosze na śmieci!!!!) i niespodziewanie nowocześnie. Oświetlony ciepłym światłem latarni przewija się wokół mnie potok Boliwijczyków. Nie wiem jeszcze jacy są, ale obserwując twarze widzę w nich dużą dozę spokoju. Może taki mam humor i takie dziś spojrzenie na świat, a może faktycznie jacyś tacy wszyscy są szczęśliwsi. Ja na pewno. Siedząc tak i przyglądając się. Na dodatek te zakochane pary, których dostrzegam tu znacznie więcej niż gdzie indziej (czy w La Paz się bardziej kocha? czy to pojawia się we mnie obsesja samotności od tego samotnego wędrowania?). Przesiadują na parkowych ławeczkach, opierają się o mury starych kościołów, wędrują ulicami objęci. Ale się na to dobrze patrzy! A dopełnieniem tego wszystkiego (błogiego i pogodnego) był wielki reklamowy bilboard, który w pewnej chwili przykuł moją uwagę. Jakiś bank czy telefonia komórkowa wielkimi literami mówiła „Jeden uśmiech może zmienić świat.” Fajnie. I prawda.

O wyznaczonej godzinie, w wyznaczonym miejscu zatrzymuje się supernowoczesny czarny samochód. Przyciemniana szyba od strony pasażera zjeżdża na dół i ukazuje się całkiem przyjazna facjata. Na oko trzydziestoletnia.
- Jesteś Ana? Wskakuj!
Hmmm... Przyznam szczerze, że chwilę się waham. Ten samochód jakoś nie bardzo mi pasuje do modelu couchsurfera. Ale, że nie za bardzo mam wybór -jest już bardzo późno, przed chodzeniem po nocy po południowoamerykańskich miastach wszyscy ostrzegają, a hosteli w najbliższym otoczeniu nie ma (co sprawdziłam nie będąc pewna czy host się pojawi) - to w końcu wsiadam. Erwin, prawnik, okazuje się być szalenie sympatyczny, przez co przestaję się bać i  zupełnie rozluźniona zatapiam w wygodnym skórzanym fotelu
- To może na początek mała wycieczka po mieście?
- Jestem za!
Popijając boliwijskie piwko krążymy po wąskich uliczkach. Wjeżdżamy w górę i w górę, aż w końcu, gdy jesteśmy bardzo wysoko, Erwin mówi
- To jedne z bezpieczniejszych slumsów. Z samochodu nie radzę wychodzić, ale póki jesteśmy w środku nic nam nie grozi. A teraz patrz!
Jeszcze jeden zakręt i sciany domów przestają zasłaniać świat. Jesteśmy na małym parkingu a przed nami, w dole rozpościera się całe miasto. Milion światełek.
- Łaaaaaaaaaał!!!! 

Po tej dawce zachwytu, wciąż zrelaksowana w fotelu daję się powieźć z powrotem do centrum. Rozmawiamy w najlepsze kiedy coś przestaje mi w tym wszystkim pasować. Mój host jakby nigdy nic informuje mnie, że niestety jest u niego kuzyn i jedyny pokój dostępny dla gości jest przez najbliższe dni zajęty, więc nie będzie w stanie przyjąć mnie u siebie. "Aa..ale jak to tak?" - myślę już znacznie mniej zrelaksowana. Spoglądam na zegarek - dobrze po północy. "I co teraz? O co chodzi?"
- ... więc myślę sobie czy nie przeszkadzałoby Ci jakbyś zamieszkała hotelu?
- "eee?" - nadal tylko myślę, nic nie mówię i czekam na rozwój wydarzeń.
- To hotel mojego znajomego, więc oczywiście za nic nie musisz płacić. Co ty na to? na ile nocy chcesz zostać?
    I tak to „więcej szczęścia niż rozumu” daje o sobie znać kolejny (ktróry to już?) raz tej podróży. Zasypiam zakopana w pachnącej pościeli wielkiego łoża w trzygwiazdkowym hotelu.


    Kolejne dwa dni zanurzam się w kolorowym świecie uliczek La Paz. A jest to – muszę przyznać – dużo trudniejsze niż w jakimkolwiek innym mieście. Bo nie dość że uliczki wszystkie strome, wąskie i kręte to jeszcze rozrzedzone powietrze (jesteśmy na 3650 mnpm!!!) sprawia że oddycha się trudniej i męczy szybciej. Chodzę więc wolno i byle pretekst do zatrzymania jest dobry – targ z różnościami, jedno z ulicznych stoisk ze świeżymi pierożkami salteña, chwila warta uchwycenia na zdjęciu, kolorowa Indianka próbująca sprzedać jakiś drobiazg... Dwa dni chodzę powoli i - tak po prostu - cieszę się, że tu jestem.