Wyruszyłam spełnić marzenie...

"Istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej. " - R. Kapuściński
Ja... no cóż... trzeba przyznać, że na tą chorobę jestem właśnie chora. Zaczęłam podróżować jeszcze jako nastolatka. Powoli, z roku na rok autostopem odkrywałam Europę, później była Gruzja, Turcja, Maroko, Japonia. Z wyprawy na wyprawę coraz większy zachwyt światem, ludźmi, odmiennością kultur. Kiedy jeszcze ograniczały mnie czasowo studia wymarzyłam sobie, że gdy tylko je skończę wyruszę na długo w świat. Tak po prostu - bez większego celu, żeby poznawać, dotykać, smakować, zachwycać się odmiennością, a przede wszystkim budować siebie konfrontując swój świat ze światem napotkanym. Przekonałam się bowiem już nie raz, że wędrowanie po świecie to wspaniała okazja do wędrowania wgłąb siebie.
Wyruszam w zakątek świata, w który zawsze ciągnęło mnie najbardziej - do Ameryki Południowej. Podglądać życie Indian, zanurzyć się w dżungli, zobaczyć tukany, małpy i gigantyczne motyle, spłynąć Amazonką, zachwycić się ogromem Andów, odwiedzić zaginione miasta, posmakować lokalnych specjałów oraz rozmawiać z ludźmi, aby poznać ich świat, historię, kulturę, dowiedzieć się jak żyją.
Kiedy wrócę? Wrócę jak mi się znudzi, gdy poczuję, że marzenie spełnione, a bagaż doświadczeń wystarczająco wielki by bez wstydu przytaszczyć go do Polski. Wrócę, gdy przyjdzie na to czas. W planach mam pół roku wędrowania. Jak będzie w rzeczywistości pokaże los.



poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Benvenidos a Bolivia

Arequipę, Colcę i kondory zostawiam za plecami kierując tym samym swój rządny nowych wrażeń wzrok na zachód. Ku odwiecznie wymarzonej Boliwii. Jeszcze tylko krótki przystanek w Puno, ulokowanie zbędnych rzeczy u hosta Lizandro, krótki rzut oka na sławne jezioro Titikaka (jeszcze tu wroce, wiec przyjrzeć się dokladniej bedzie okazja) i już jadę zatłoczonym mikrobusem ku granicy. Z głośników leci jakiś przebój o miłości w rytmie bachaty (oooo! tak cię kocham! oł je! wróć do mnie piękna brunetko! bez ciebie zycie nie ma sensu! oł je!), a ja pogryzam chiclo con queso czyli rodzaj białej kukurydzy (poza kolorem różni się od znanej w Polsce tym, że ma znacznie większe ziarna i nie jest taka słodka) z serem

Dwie godziny później jestem już na granicy. "BIENVENIDOS A BOLIVIA" mówi drukowanymi literami szyld nad głową. Jedna, druga pieczątka, wymiana waluty, zmiana małego zatłoczonego busika na jeszcze mniejszy i jeszcze bardziej zatłoczony. Już sunę przez nowy kraj. Łapczywie wyglądam przez okno, ale za oknami bez zmian. Nadal pustka, pustka, trawy, i lamy, pustka... Słowem: Altiplano.

piątek, 23 kwietnia 2010

Kondory kraza nad kanionem Colca

Kanion Colca. Wielu - w tym sprzedający pamiątki Peruwiańczycy - twierdzi, że najgłębszy na świecie. Z tego co mi udało się wyszperać w internecie tak faktycznie było (jeśli wiedzę ludzką  uważać za wyznacznik tego czy coś na świecie jest czy  też tego nie ma) do roku 1994. Wtedy to bowiem okazało się, że gdzieś tam w odciętych od świata zakamarkach Tybetu ktoś odkrył coś głębszego i naszą Colcę zdetronizował. Nie szkodzi.  Dla mnie "naj" czy nie "naj" nie tak istotne jak ten zawrót głowy przy spojrzeniu w dół na wijącą się 3501 metrów niżej rzekę Colca. A zawrót głowy - trzeba przyznać - niczego sobie!

Żeby dotrzeć na skraj urwiska, spojrzeć w dół i przeżyć ów zawrót  trzeba najpierw opuścić Arequipę. Najłatwiej jest wsiąść na głównym dworcu w rozklekotany autobus i daść się powieść. 140 kilometrów przez aż-po-horyzontalne, magiczne NIC.  Pustkowia pokryte jednostajnie żółkłą, wyschniętą na jesień trawą i niczym zagubione wśród nich stada lam, alpak, wikunii. Na końcu tej długiej pustej drogi jest wioska Chiva. Standardowo, jak każda inna peruwiańska wioska, przez którą przewijają się turyści, wita głośną gromadą zapraszających w swoje progi właścicieli noclegowni, przewodników i kierowców taksówek. Hmm... może "zapraszających" to nienajodpowiedniejsze sformułowanie. "Zapraszać" ma gdzieś w swej genezie "prosić". Po peruwiańsku jest "kazać", "zaciągać", "obskakiwać" i "krzyczeć". Nie "prosić". Ułóżcie sobie sami z powyższego peruwiańskie "zapraszać". Łatwo nie jest, ale się przez ten natarczywy tłum jakoś przedzieram, przecinam szybkim krokiem istniejące tu trzy drogi na krzyż i oto jestem na głównym placu tuż pod szyldem "informacja turystyczna". Mówią mi tyle co już wiem czyli nie wiele, na czarno-białej mapce zaznaczają miejsca w które warto się wybrać. Już się zaczynam zabierać za to wybieranie się, kiedy jedną kroplą za drugą chłodny deszcz przegania mnie pod dach, zmieniając tym samym moje plany. Ale nie jest źle - ze wszystkich możliwych dachów trafiam pod ten chyba najatrakcyjniejszy - lokalny targ. Wow! powiadam gdy zanurzam się w alejkach. Wszystko tu jest prawdziwe, tanie i bardzo lokalne. Turyści zazwyczaj do Chivy zaglądają tylko po to żeby przesiąść się z jednego autobusu w drugi. Wgłąb miasteczka zanurza się już niewielu. Pochylam się nad wszystkim po kolei pamiętając, że trzeba spoglądać jakby od niechcenia. Bo jeśli wykażesz odrobinę zainteresowania - już Cię mają. Mają i nie wypuszczą. Ujmuje mnie malutki sweterek z wełny alpaki. Myślę sobie, że jest pewien mały Krzyś, który właśnie idzie na świat i dla Krzysia będzie jak ulał! Zatrzymuję się na dłużej niż tylko "od niechcenia" i już nie mija chwila a już jestem całą sobą zaangażowana w targi ze sprzedającą babulinką. Urzeka mnie. Nie jest tak nachalna, za to szczera i serdeczna. Ot taka babulinka z tych co to powodują, że się człowiek w duszy potem pół dnia uśmiecha. Biorę jeszcze pasek i dwa portfeliki, płacę połowę tego co zapłąciłabym za to w Arequipie. Wyglądam w niebo i widzę, że już po spektaklu. Więcej dziś padać nie będzie. Mogę wyruszać.

Wyruszam więc z kciukiem gotowym do stopowania.  Ale szybko ze swojego zamiaru rezygnuję. Jest tak pięknie, że nie warto przyglądać się temu w mgnieniu oka. Lepiej iść powoli, wdychać i zachwycać się. Gdzie okiem sięgnąć w stronę kanionu z gór schodzą kwadratowe tarasy pól uprawnych, łagodnie szumią  złote pola pszenicy, a zachodzące słońce milionem odcieni czerwieni zaczyna z tym złotem swoją codzienną  Baaaaajecznieeee!!!!

Potem szarzeje. Nastawiam ucha na warkot samochodu, macham jadę. Po godzinie jestem już zaplątana w mój puchowy śpiworek. Ubijam pod głową zwinięte w kłębek spodnie i kurtkę idealnie imitujące poduszkę i zasypiam.
Pierwszy poranny samochód zabiera mnie do punktu widokowego "cruz de condor" [krzyż kondora]. Siadam z nogami wywieszonymi nad urwiskiem i skubię chirimoyę ( to mój faworyt w śród owoców ostatnich dni). Pestki jedna po drugiej spadają sobie trzy kilometry w dół, a ja czekam. Co chwila przybywają nowe mikrobusy, wysypują się z nich japońskie, niemieckie i amerykańskie wycieczki. Wszyscy, tak jak ja, siadają i czekają. Tu bowiem czekanie jest sednem. A gdy się już się zmęczony rzucaniem pestek człowiek doczeka (a tu dużo od pogody zależy i nie każdego dnia można) szeroko rozdziawia oczy i usta i stara się aparatem uchwycić choć część tego co się tu wyprawia. Nigdy nie widziałam ptaków tak potężnych, tak majestatycznych i z tak bliska. Ogromne kondory unoszone przez kominy powietrzne zataczają kola wznosząc się w górę  z dna kanionu. Momentami są tak blisko, że da się dostrzec wyraźnie ich oczy, dziób,i ten charakterystyczny kondorzy wyraz "twarzy". Przepiękne. To jeden z tych silniejszych i robiących największe wrażenie zetknięć z naturą w mojej podróży.  


Standardowym planem zwiedzania kanionu jest zejście w dół i wdrapanie z powrotem. To musi dopiero dawać poczucie ogromu natury. Tym bardziej, że podobno widoki towarzyszą temu piękne a na samym dnie kryje się zielona oaza rzeczna. Ja jednak nie czuję się dziś na siłach na taki duży wysiłek, więc postananawiam zrobić sobie spacer po bardziej płaskiej okolicy. Wąską ścieżką zanurzam się między pola, mijam pasterzy i rolników, łypię okiem na kanion z drugiej strony. Tam gdzie nie jest już tak głęboki, jednak nadal spektakularny.

W hotelilku zrzucam z ramion ciężki plecak. Chłopak, który obsługuje pokoje jest mniej więcej w moim wieku, robi wrażenie bardzo sympatycznego i nie dużo czasu zajmuje mu przekonanie mnie, że dziś jest właściwy wieczór na test lokalnych drinków. Typowe peruwiańskie Pisco będące czymś na kształt naszej wódki dotychczas nie przypadało mi do gustu. Jak się okazało - tajemnica kryje się w dodatkach. Pisco sour to drink złożony z pisco i dużej ilośći soku z limonki lub specjalnego kwaśnego kaktusa (duuuuużo kwaśniejszego niż limonka). Ja mam okazję przetestować okrutnie kwaśną ale i okrutnie smaczną wersję kaktusową. Taki ten kaktus pyszny i taki ten dzień cudowny i tak się sympatycznie gadało, że hmmmm... trochę tego pisco w barze ubyło;)



czwartek, 22 kwietnia 2010

Arequipa

W Arequipie - kolejnym na mej drodze białym kolonialnym mieście - zatrzymuję się u couch-surfera Paula. Przez trzy dni mieszkam w domku w luksusowej dzielnicy. Robię sobie wycieczki na starówkę, załapuje się na obiadki gotowane przez rodzinną kucharkę, wyleguję przed kablówką, biorę prysznic za te wszystkie razy, kiedy go nie było i błogo błogo wypoczywam. Ot taki głębszy oddech przed dalszym wędrowaniem.  

A miasto? No jak to kolonialne miasta. Miło poszwendać się i zagubić pośród wąskich uliczek, posiedzieć z książką na jednym ze skwerków z fontanną, pozadzierać w górę głowę  przyglądając się białym budynkom. Jednakże to, czym miasto absolutnie mnie ujmuje, to nie architektura, a rękodzieło. Dużo tu małych sklepików po brzegi wypełnionych wyrobami z wełny lamy i alpaki oraz drobiazgów pstrokatych kolorowym lokalnym haftem. Wszystko tańsze niż w innych rejonach, a panie przemiłe i chętne do targowania. Co dziennie przebieram więc w górach lokalnych gadżetów, zaprzyjaźniam się z handlarkami i  znoszę do Paula siaty mniejszych i większych drobiazgów.



środa, 21 kwietnia 2010

Dom alfajorowy i kopalnia miedzi

Na suchej i prostej jak strzelił Panamericanie, na moje rozpaczliwe kiwanie kciukiem zatrzymuje się pokaźnych rozmiarów Jeep. W środku wesoła rodzinka. Za kierownicą Hector, około trzydziestoletni mężczyzna  mający zadziwiająco - jak na Peruwiańczyka - niebieskie oczy i kręcone włosy. Obok mnie na tylnym siedzeniu brat Hectora, Carlos niesamowicie jak na Peruwiańczyka wysoki (i przystojny;) ). A na przednim siedzeniu pasażera ich matka. Alejandra. Niska, ciemnooka starsza pani o przeserdecznym wyrazie twarzy. Jak na takich synów niesamowicie Peruwiańska! Pytają gdzie jadę. 
- Nasca - odpowiadam. 
- Będziesz latać samolotem nad naszymi tajemniczymi liniami? hm? Masz już zarezerwowana wycieczkę?
Mówię, że na lot samolotem mam zbyt szczupłe fundusze, ale podobno, gdzieś jest punkt widokowy, z którego patrząc wokół jakiś pogląd na ów archeologiczny fenomen można mieć. 
- Jest, jest. Zawieziemy Cię tam.

Wychodząc rano na drogę, spojrzawszy na mape jak dużą odległość mam do przebycia, myślałam, że będę tłukła się w tym skwarze ze dwa dni. Tymczasem nic z tych rzeczy. Szczęście mnie nie opuszcza. Dojeżdzamy do wieży, a rodzinka orzeka, że mam 10 min na wdrapanie się na nią i rozpoznanie w dziwnych krztałtach rąk i drzewa, a potem jedziemy dalej. Stoję więc na wieży, pośpiesznie się rozglądam. No faktycznie - coś tam niby jest... takie tam dziwaczne plątaniny kresek...
Schodze. Nie dość, że na dole czeka na mnie obiecany klimatyzowany Jeep, to jeszcze unosi się w nim przepyszny zapach tradycyjnego smażonego w głębokim oleju mięsa chicharron. Tyle tych dobrych ludzi co dzień na  mojej drodze, że już nawet nie dziwi, że i dla mnie jest porcja.
Już dojeżdżamy tam, gdzie moja droga odbija od drogi rodzinki. Już mam wysiadać. Już myślę "nic tu nie ma,  nie wygląda bezpiecznie, powoli się ściemnia... co tu robić?". Kiedy Hector pyta
- A może pojedziesz z nami? Mieszkamy w małym miasteczku w głębi pustyni, tam gdzie powoli zaczynają wyrastać z niej Andy. Spodoba Ci się.
"Jupiiii!" - myślę.
- Oh! Dziekuję! to niesamowicie miło! Z chęcią! - mowię.
I tak trafiam do niesamowitego domu. Gdy po raz pierwszy przekraczam jego próg nie do końca potrafię się zorientować co tu jest nie tak. Ale coś "nie tak" jest z pewnością. Powietrze jest jakby gęstsze, bardziej lepkie, wdychane ustami zostawia na języku słodki posmak. Rozglądam się dookoła i po chwili już wszystko jasne: alfajores! To typowe południowoamerykańskie ciasteczka konstrukcją przypominająca trochę nasze markizy. Jest więc kruche ciasteczko, mleczny krówkowy krem i drugie ciasteczko. A dookoła  przylepione obficie wiórki kokosowe. Okazało się, że Alejandra prowadzi małą (aczkolwiek znaną na całe miasteczko ) fabrykę ów ciasteczek. Nie muszę chyba mówić, że są przesłodkie i przepyszne i że poza przyjemnością zobaczenia jak się je tworzy,  zjadłam ich całą tonę!!! ;)

Dostaję kolacje, własny pokój, a o jeszcze przed świtem (o barbarzyńskiej 5:00 rano!!!!) czeka na mnie drastyczna pobudka, załadowanie po omacku do samochodu i wycieczka-niespodzianka. Chłopaki pracują w kopalni jako nadzorcy i raz na jakiś czas muszą przeprowadzić tam kontrolę, krętą piaszczystą drogą wjechać w jeszcze większe NIC, tam gdzie na górskim zboczu stoi kilkadziesiąt skleconych naprędce słomianych chatek, a gdzieś wśród nich zieje czarna dziura. W chatkach wielkości średniego pokoju żyją całe rodziny. Kobiety dbają o to, żeby pracownicy nie chodzili głodni, a dzieci ,o trudnych - przez oblepiający je pył i brud - do stwierdzenia rysach twarzy, plączą się im między nogami albo gonią  w tą i z powrotem po jedynej w  "osadzie" drodze. Po skromnym górniczym śniadaniu dostaję swoją czołówkę, wskazówki jak nie spaść do jakiegoś szybu czy nie uderzyć głową w niski strop i ruszamy. Dziura, wąski tunel, coraz głębiej, coraz ciemniej, coraz mniej tlenu... mijamy mężczyzn o policzkach wypchanych koką (bez koki praca w takich warunkach byłaby wręcz nie możliwa) kłujących ścianę, albo ładujących co wykuli na taczki.. Wiozą to na światło dzienne, gdzie przed wejściem inni szukają w tej zwiezionej stercie kamieni grudek miedzi. Praca jest niesamowicie ciężka, długa i wyczerpująca, a pracownicy bardzo młodzi. Najmłodsi mają jeszcze nastoletnie twarze, najstarsi są około trzydziestki, nieczęsto czterdziestki. Podobno górnicy w Peru rzadko kiedy żyją dłużej. Zbija ich ta praca. Brak tlenu, wyziewy, ciężki wysiłek, koka żuta całymi dniami.

Carlos zatrzymuje się przy jednym z długich pionowych szybów.
- O! Tu mi jeden spadł i umarł. Szedłem kiedyś, patrzę: leży łopata, taczka, ale robotnika nie ma. Nie przejąłem się. Myślałem, że może odlać się poszedł. Potem, już wracając, usłyszałem z dołu jęki. Patrzę - leży, cały połamany i jęczy. Spadł. Wyniosłem go. Na moich ramionach umarł. No... tu, do tego szybu, spadł i umarł.
Mówi to z przejęciem, ale i trochę z przyzwyczajeniem. Bo nie pierwszy to pewnie ani nie ostatni, który spadł i umarł.
Takich kopalni jest w okolicy jeszcze wiele. Podstawą gospodarki Peru jest bowiem przemysł wydobywczy. W tych rejonach pod ziemią aż roi się od rud miedzi, cynku, ołowiu, żelaza, ropy naftowej, gazu ziemnego, bizmutu, rtęci, molibdenu, antymonu, srebra, złota  guano... Jest wiec kopalnia na kopalni. Część z nich legalna, duża część założona "na dziko", przez lokalnych mieszkańców gdzieś na pustynnych odludziach. Tak jak w tych pierwszych panują jeszcze jakieś zasady, kontrole, normy bezpieczeństwa, tak w drugich nikt się na warunki pracy, śmierć czy chorobę nie ogląda. Od dzieci po dorosłych w tych nieludzkich warunkach godzinami wydobywa się z ziemi połyskujące grudki po to, żeby potem mieć co do garnka wsadzić. 

Wracamy krętą drogą wśród przepięknych widoków.  W garści ciąży "pamiątkowa" grudka miedzi,  w nosie i w gardle drapie jeszcze pył, po głowie biega  silne wrażenie tego co widziałam. Wejść tam, poczuć, zobaczyć, pochylić się...

wtorek, 20 kwietnia 2010

O instynkcie samozachowawczym

Noc spędzam na plaży w Paracas. Mieszkańcy mówią, że ich miasteczko jest najspokojniejsze na świecie. Że nie ma prawa mi się tu nic złego przydarzyć. Polowicznie przekonana przez mieszkanców, polowicznie przez ceny hosteli (tu zagladaja tylko turysci) vs. mój budżet, gdzieś między jedną wydmą a drugą rozstawiam swój mały zielony namiocik i zasypiam jak dziecko. 

Nie boję się. Nie, nie. To  nie tak. Boję się. Boję się, że już niczego nie będę się bać. Ewolucja doprowadziła do zaniku instynktu samozachowawczego. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że przyjdzie mi spać samej na dziko na Peruwiańskiej plaży, postukałabym się w głowę. Pamiętam czasy gdy śpiąc z kimś w namiocie w jakiś podmiejskich krzakach gdzieś w Europie czulam się niepewnie. Pamiętam jak przewracałam się z boku na bok nie mogąc zasnąć w "jedynce" na marokańskim odludziu, mimo że tuż obok w swoim namiocie spała para znajomych. I w Japoni - najbezpieczniejszym kraju świata - te na palcach policzone samotne noce, gdzie czułam już, że instynkt powoli zanika, ale mimo wszystko jakaś nutka strachu gdzieś tam się obijała. W końcu przyjechałam tu, sama, z duszą na ramieniu zaczęłam łapać stopa, rozbijać namiot w przedziwnych miejscach, zaprzyjaźniać się z ludzmi. Aż z dnia na dzień dusza przestała na ramie wyskakiwać i teraz przedziwnie spokojnie między jedną wydmą a drugą zasypiam jak dziecko w Peruwiańskim przybrzeżnym miasteczku... Sama siebie zaskakuję.

A widoki mam takie:



niedziela, 18 kwietnia 2010

Pingwiny!

Robie duzy krok z pomostu w miasteczku Paracas na lodz motorowa "Pinguin III". W garsci ściskam bilet na wycieczkę po ptasich wyspach Islas Ballestas. Wycieczke?!? Niestety, okazało się, że innej możliwości  niż  impreza zorganizowana i bardzo turystyczna, żeby zobaczyć pingwiny nie było. A ja pingwiny zobaczyć MUSIALAM! Targowałam się więc długo i dzielnie, aż zeszlam z proponowanych 45zl na 25: co było ceną na tyle satysfakcjonującą, że gdzieś między turystów pozwoliłam się upchnąć. Jak się za chwilę okaże - ptasie wyspy są tego warte!

Płyniemy z duża predkoscia. Pod nami ciemne wody oceanu, nad nami  błękitne niebo z ogromnym słońcem, które po tej stronie świata nie zna litości. Gdy budynki przybrzeżne oddalają się na tyle, że zostają po nich tylko czarne punkciki na horyzoncie, łódka zatrzymuje się. Mamy pierwszy przystanek: PELIKANY. Już ich trochę w tej podróży widziałam. Polujących na portowe odpadki, szaroburych przesiadujacych tlumnie w portach, brodzacych w sciekach. Nic wiec dziwnego, ze na glos przewodnika "Na lewo mamy stado pelikanow takich-i-takich..." nie podrywam sie z zaciekawieniem. Leniwie odwracam glowe i... to co widze sprawia, ze jednak sie podrywam. To zupelnie inne pelikany, niz te co mialam okazje ogladac wczesniej. Te maja zolto-pomaranczowe dzioby i bardzo dostojne cielska. Skupione na brzegach, o ktore pieniscie rozbija sie ocean, swoimi kolorami, pod blekitnym niebem, na zoltej skale tworza iscie pocztowkowy obrazek.

Chwilę potem kolejny przystanek: KANDELABR. To wyryte w łagodnie podnoszącym się brzegu linie tworzące coś na kształt ogromnego świecznika (dla mnie to co prawda bardziej kaktus niż świecznik, ale kłócić się nie będę). Cała jego atrakcyjność polega na tym, że tak na prawdę nie wiadomo skąd, po co ani kiedy się tam wziął.  Jedni twierdzą, że znak ten był czymś w rodzaju punktu orientacyjnego dla przepływających statków, inni łączą jego powstanie z powstaniem słynnych linii Nasca (tam będę w następnym odcinku;)). Ot taka jedna z wielkich archeologicznych peruwiańskich zagadek.

I w końcu dopływamy do wysp. Ach! Cudownie! Pierwsze  niesamowite wrażenie robią skały - przedziwnie uformowane, powyginane w łuki, podziurawione różnokształtnymi oknami albo wybijające się pionowo w górę. Sterczą to tu to tam z zimnych wód dając falom możliwość popisowego rozbicia się z obowiązkowym hukiem i obfitością piany. Drugie wrażenie jest już ożywione, krzykliwe i ruchliwe. Są mewy, kormorany, głuptaki, rybitwy, pelikany... i mnóstwo mnóstwo  innego ptactwa. Mniejszego i większego tłocznie wypełniającego skały i skałki wysp. Ptaki są niemalże wszędzie, a tam gdzie ich nie ma da się poznać, że były. Po kolorze skały. Wyspy Ballestas nie mają bowiem koloru "kamykowego" jak to by się można spodziewać. Tysiące ptaków zaznaczyło je na biało-brunatno niezbyt przyjemnymi w zapachu (to jest ta gorsza strona wycieczki) odchodami.  A skoro o odchodach mowa - ciekawostka: Do połowy XX wieku wyspy Ballestas były miejscem zbiorów naturalnego nawozu ptasiego - guano , który był wtedy głównym produktem eksportowym Peru  i przynosił ogromne dochody (i tak to odchody przynosiły dochody;)).

Płynę tak z szeroko otwartymi ustami i oczami nie wiedząc za bardzo czy te drugie kierować bezpośrednio na zwierzęta czy też przystawiać do wiziera aparatu. Z tego niezdecydowania wyrywa mnie głos przewodnika:
- Poza latającym ptactwem morskim wyspy zamieszkują także pingwiny...
Aaaaaaaaaa!!!!! Będą pingwiny!!!!!!
-... pingwin Humbolta ma ok 70 cm wzrostu i występuje na wybrzeżu pacyficznym Peru i Chile...
Aaaaaaaaaaa!!!! Widzę pingwina!!!!!
Dalej Pana już nie słyszę. Całą uwagę skupiam na staraniach zrobienia zdjęcia, które oddałoby przekomiczne pingwinie człapanie i kiwanie się na boki. Super są pingwiny!

Ostatni przystanek przed powrotem na brzeg to focza plaża. W zatoczce ukryta jest niewielka plaża będąca przystanią dla lwów morskich. Jest ich mnóstwo, a wszystkie wyją wniebogłosy tworząc niesamowity muzyczny spektakl. Mam duże szczescie, bo mogę zaobserwować wiele foczych niemowląt, które przychodzą na świat właśnie o tej porze roku. Jak to z małymi zwierzętami bywa są prześliczne i przekomiczne. Co chwila jakiś mały łepek wynurza się koło burty. Przed nim wyjąc płynie duży łepek mamy. Oto odbywa się pierwsza szkoła pływania.


Niesamowite! Kto by pomyślał, że w pustynnym Peru przyjdzie mi napotkać foki czy pingwiny...

sobota, 17 kwietnia 2010

Pisco, ktore nie powstalo z gruzow


Do Pisco zajezdzam w zasadzie z przypadku, zeby przesiasc sie w cos co zawiezie mnie do parku Paracas, (tam podobno czekaja juz na mnie pingwiny:) ). 

Wysiadam z autobusu noca, wiec nie chodze za duzo ulicami. Biore colectivo i prosze o podwiezienie mnie do jakiegos taniego hosteliku. " Tu nie ma tanich hoteli, wszystko runelo. Kilka nowych powstalo. Ale drogie...". To pierwsze wiadomosci, ktore dotarly do mnie o trzesieniu ziemi, ktore w sierpniu 2007 roku zasypalo w gruzach 70% miasta. Rano - mimo ze przeciez minely juz prawie trzy lata od katastrofy - moge zobaczyc na wlasne oczy ulice, ktore jeszcze nie wpelni powstaly na nowo do zycia. Z centrum wybiega w  strone plazy kilka nowych promenad, sa laweczki i lodziarnie. Glowne place tez prezentuja sie jako-tako. Ale wystarczy wyjsc troche poza centrum, zeby zobaczyc, ze w wiekszosci miasta trzesienie jeszcze trwa. Asfaltu nie ma, sa wyrownane gruzy. Ten, kogo bylo stac na budowanie sie costam zaczal stawiac. Ale ludzie nie maja pieniedzy. Stracili wszystko, wiec powstac nie jest latwo. Stoja wiec przy ulicach niedokonczone zarysy domow, pojedyncze sciany, z dachow stercza prety zbrojeniowe przygotowane na lepsze czasy. Moze kiedys uda sie wybudowac jeszcze jedno pietro. A po tych, ktorych nie stac na postawienie na miejscu rumowiska nowego domu, ktorzy zgineli lub uciekli pozostaly puste zagruzowane place, swiadczace, ze tam kiedys byl dom.

W ciagu nastepnych dni spotykam wielu ludzi i w wielu rozmowach przejawia sie trzesienie. Mowia o tym jak uciekali, co stracili oni, co ich bliscy, jak ludzie w panice szukali schronienia w kosciele, a potem kosciol, runal... Zginelo ponad pol tysiaca ludzi.

Niesamowite i przerazajace, ze minelo tyle czasu, a w Pisco trzesienie jeszcze trwa.