Wyruszyłam spełnić marzenie...

"Istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej. " - R. Kapuściński
Ja... no cóż... trzeba przyznać, że na tą chorobę jestem właśnie chora. Zaczęłam podróżować jeszcze jako nastolatka. Powoli, z roku na rok autostopem odkrywałam Europę, później była Gruzja, Turcja, Maroko, Japonia. Z wyprawy na wyprawę coraz większy zachwyt światem, ludźmi, odmiennością kultur. Kiedy jeszcze ograniczały mnie czasowo studia wymarzyłam sobie, że gdy tylko je skończę wyruszę na długo w świat. Tak po prostu - bez większego celu, żeby poznawać, dotykać, smakować, zachwycać się odmiennością, a przede wszystkim budować siebie konfrontując swój świat ze światem napotkanym. Przekonałam się bowiem już nie raz, że wędrowanie po świecie to wspaniała okazja do wędrowania wgłąb siebie.
Wyruszam w zakątek świata, w który zawsze ciągnęło mnie najbardziej - do Ameryki Południowej. Podglądać życie Indian, zanurzyć się w dżungli, zobaczyć tukany, małpy i gigantyczne motyle, spłynąć Amazonką, zachwycić się ogromem Andów, odwiedzić zaginione miasta, posmakować lokalnych specjałów oraz rozmawiać z ludźmi, aby poznać ich świat, historię, kulturę, dowiedzieć się jak żyją.
Kiedy wrócę? Wrócę jak mi się znudzi, gdy poczuję, że marzenie spełnione, a bagaż doświadczeń wystarczająco wielki by bez wstydu przytaszczyć go do Polski. Wrócę, gdy przyjdzie na to czas. W planach mam pół roku wędrowania. Jak będzie w rzeczywistości pokaże los.



niedziela, 18 kwietnia 2010

Pingwiny!

Robie duzy krok z pomostu w miasteczku Paracas na lodz motorowa "Pinguin III". W garsci ściskam bilet na wycieczkę po ptasich wyspach Islas Ballestas. Wycieczke?!? Niestety, okazało się, że innej możliwości  niż  impreza zorganizowana i bardzo turystyczna, żeby zobaczyć pingwiny nie było. A ja pingwiny zobaczyć MUSIALAM! Targowałam się więc długo i dzielnie, aż zeszlam z proponowanych 45zl na 25: co było ceną na tyle satysfakcjonującą, że gdzieś między turystów pozwoliłam się upchnąć. Jak się za chwilę okaże - ptasie wyspy są tego warte!

Płyniemy z duża predkoscia. Pod nami ciemne wody oceanu, nad nami  błękitne niebo z ogromnym słońcem, które po tej stronie świata nie zna litości. Gdy budynki przybrzeżne oddalają się na tyle, że zostają po nich tylko czarne punkciki na horyzoncie, łódka zatrzymuje się. Mamy pierwszy przystanek: PELIKANY. Już ich trochę w tej podróży widziałam. Polujących na portowe odpadki, szaroburych przesiadujacych tlumnie w portach, brodzacych w sciekach. Nic wiec dziwnego, ze na glos przewodnika "Na lewo mamy stado pelikanow takich-i-takich..." nie podrywam sie z zaciekawieniem. Leniwie odwracam glowe i... to co widze sprawia, ze jednak sie podrywam. To zupelnie inne pelikany, niz te co mialam okazje ogladac wczesniej. Te maja zolto-pomaranczowe dzioby i bardzo dostojne cielska. Skupione na brzegach, o ktore pieniscie rozbija sie ocean, swoimi kolorami, pod blekitnym niebem, na zoltej skale tworza iscie pocztowkowy obrazek.

Chwilę potem kolejny przystanek: KANDELABR. To wyryte w łagodnie podnoszącym się brzegu linie tworzące coś na kształt ogromnego świecznika (dla mnie to co prawda bardziej kaktus niż świecznik, ale kłócić się nie będę). Cała jego atrakcyjność polega na tym, że tak na prawdę nie wiadomo skąd, po co ani kiedy się tam wziął.  Jedni twierdzą, że znak ten był czymś w rodzaju punktu orientacyjnego dla przepływających statków, inni łączą jego powstanie z powstaniem słynnych linii Nasca (tam będę w następnym odcinku;)). Ot taka jedna z wielkich archeologicznych peruwiańskich zagadek.

I w końcu dopływamy do wysp. Ach! Cudownie! Pierwsze  niesamowite wrażenie robią skały - przedziwnie uformowane, powyginane w łuki, podziurawione różnokształtnymi oknami albo wybijające się pionowo w górę. Sterczą to tu to tam z zimnych wód dając falom możliwość popisowego rozbicia się z obowiązkowym hukiem i obfitością piany. Drugie wrażenie jest już ożywione, krzykliwe i ruchliwe. Są mewy, kormorany, głuptaki, rybitwy, pelikany... i mnóstwo mnóstwo  innego ptactwa. Mniejszego i większego tłocznie wypełniającego skały i skałki wysp. Ptaki są niemalże wszędzie, a tam gdzie ich nie ma da się poznać, że były. Po kolorze skały. Wyspy Ballestas nie mają bowiem koloru "kamykowego" jak to by się można spodziewać. Tysiące ptaków zaznaczyło je na biało-brunatno niezbyt przyjemnymi w zapachu (to jest ta gorsza strona wycieczki) odchodami.  A skoro o odchodach mowa - ciekawostka: Do połowy XX wieku wyspy Ballestas były miejscem zbiorów naturalnego nawozu ptasiego - guano , który był wtedy głównym produktem eksportowym Peru  i przynosił ogromne dochody (i tak to odchody przynosiły dochody;)).

Płynę tak z szeroko otwartymi ustami i oczami nie wiedząc za bardzo czy te drugie kierować bezpośrednio na zwierzęta czy też przystawiać do wiziera aparatu. Z tego niezdecydowania wyrywa mnie głos przewodnika:
- Poza latającym ptactwem morskim wyspy zamieszkują także pingwiny...
Aaaaaaaaaa!!!!! Będą pingwiny!!!!!!
-... pingwin Humbolta ma ok 70 cm wzrostu i występuje na wybrzeżu pacyficznym Peru i Chile...
Aaaaaaaaaaa!!!! Widzę pingwina!!!!!
Dalej Pana już nie słyszę. Całą uwagę skupiam na staraniach zrobienia zdjęcia, które oddałoby przekomiczne pingwinie człapanie i kiwanie się na boki. Super są pingwiny!

Ostatni przystanek przed powrotem na brzeg to focza plaża. W zatoczce ukryta jest niewielka plaża będąca przystanią dla lwów morskich. Jest ich mnóstwo, a wszystkie wyją wniebogłosy tworząc niesamowity muzyczny spektakl. Mam duże szczescie, bo mogę zaobserwować wiele foczych niemowląt, które przychodzą na świat właśnie o tej porze roku. Jak to z małymi zwierzętami bywa są prześliczne i przekomiczne. Co chwila jakiś mały łepek wynurza się koło burty. Przed nim wyjąc płynie duży łepek mamy. Oto odbywa się pierwsza szkoła pływania.


Niesamowite! Kto by pomyślał, że w pustynnym Peru przyjdzie mi napotkać foki czy pingwiny...

sobota, 17 kwietnia 2010

Pisco, ktore nie powstalo z gruzow


Do Pisco zajezdzam w zasadzie z przypadku, zeby przesiasc sie w cos co zawiezie mnie do parku Paracas, (tam podobno czekaja juz na mnie pingwiny:) ). 

Wysiadam z autobusu noca, wiec nie chodze za duzo ulicami. Biore colectivo i prosze o podwiezienie mnie do jakiegos taniego hosteliku. " Tu nie ma tanich hoteli, wszystko runelo. Kilka nowych powstalo. Ale drogie...". To pierwsze wiadomosci, ktore dotarly do mnie o trzesieniu ziemi, ktore w sierpniu 2007 roku zasypalo w gruzach 70% miasta. Rano - mimo ze przeciez minely juz prawie trzy lata od katastrofy - moge zobaczyc na wlasne oczy ulice, ktore jeszcze nie wpelni powstaly na nowo do zycia. Z centrum wybiega w  strone plazy kilka nowych promenad, sa laweczki i lodziarnie. Glowne place tez prezentuja sie jako-tako. Ale wystarczy wyjsc troche poza centrum, zeby zobaczyc, ze w wiekszosci miasta trzesienie jeszcze trwa. Asfaltu nie ma, sa wyrownane gruzy. Ten, kogo bylo stac na budowanie sie costam zaczal stawiac. Ale ludzie nie maja pieniedzy. Stracili wszystko, wiec powstac nie jest latwo. Stoja wiec przy ulicach niedokonczone zarysy domow, pojedyncze sciany, z dachow stercza prety zbrojeniowe przygotowane na lepsze czasy. Moze kiedys uda sie wybudowac jeszcze jedno pietro. A po tych, ktorych nie stac na postawienie na miejscu rumowiska nowego domu, ktorzy zgineli lub uciekli pozostaly puste zagruzowane place, swiadczace, ze tam kiedys byl dom.

W ciagu nastepnych dni spotykam wielu ludzi i w wielu rozmowach przejawia sie trzesienie. Mowia o tym jak uciekali, co stracili oni, co ich bliscy, jak ludzie w panice szukali schronienia w kosciele, a potem kosciol, runal... Zginelo ponad pol tysiaca ludzi.

Niesamowite i przerazajace, ze minelo tyle czasu, a w Pisco trzesienie jeszcze trwa.

piątek, 16 kwietnia 2010

Efekty wizyty w Limie

Jak zaplanowalam, pojechalam do Limy zadecydowac o moim do domu powrocie. Efekty owej wyprawy? Zadne! No moze poza silnym wstrzasem nerwowym, ktorego doznalam gdy zobaczylam to wielkie szare zatloczone miasto, gdy obskoczyla mnie zgraja sprzedawcow wszystkiego, gdy zostalam obgwizdana i o-'hola bonita'-wana kilkaset razy podczas mojego polgodzinnego poszukiwania autobusu zeby sie stamtad wydostac...

W kazdym razie wizyta na lotnisku, mimo wszystkich wysilkow wlozonych w zdobycie jakichkolwiek informacji, okazala sie bezowocna. Kazdy zapytany mial inne zdanie na temat 'latania na stopa', gdzie indziej mnie odsylal, co innego podpowiadal, a najczesciej przy okazji rozmowy probowal cos sprzedac. Swoje okienka maja na limenskim lotnisku jedynie nieliczne linie lotnicze, wiec nawet nie za bardzo bylo z kim rozmawiac. Wyciagnelam z tej wizyty jeden moral: "Z Limy nie da rady!" i opuscilam lotnisko.

Wychodzac zahaczylam jeszcze o informacje turystyczna. Potrzebne mi byly tylko na miary na autobusy dalej na poludnie. Nadgorliwa pani wyrecytowala mi jednak po angielsku bardzo sredniej jakosci (mimo ze zapytalam po hiszpansku) szereg informacji glownie dotyczacych bezpieczenstwa. Absolutnie nie jezdzic autobusami miejskimi, nie chodzic samemu po ulicy, tylko oznakowane taksowki... Na mapce otoczyla linia kilkanascie uliczek centrum i powiedziala, ze pod zadnym pozorem mam za linie nie wychodzic. Aaaaaha...

Poszlam (o zgrozo! piechota!) na druga strone ulicy, gdzie swoja siedzibe maja biura podrozy. W jednym po drugim zasiadalam na przeciwko pracownika i mowilam, ze chce kupic bilet z Ameryki Poludniowej do Europy, obojetnie skad, obojetnie dokad, obojetnie kiedy w maju. Jedni nie rozumieli, drudzy mowili, ze tak sie nie da, trzeci (och czasem mialam ochote ich usciskac:)! ) zasiadali przed komuterem i zaczynali szukanie. Ta metoda przyniosla lepsze rezultaty niz szperanie w internecie na wlasna reke. Najkorzystniejsze loty, ktore udalo mi sie w ten sposob znalezc to ok 2tys i najczesciej sa z Ekwadoru. Juz lepiej. Poza tym dowiedzialam sie, ze nie mozna kupic biletu w dwie strony (co najczesciej jest tansze) i nie wykorzystac jednego lotu, bo wtedy linia lotnicza automatycznie anuluje drugi lot. To bardzo wazna dla mnie informacja, bo tak wlasnie chcialam zrobic. Ojc.... Ale bym sie na lotnisku zdziwila. hehe:P

Troszke na duchu pokrzepiona, zafundowalam sobie peruwianski obiadek za 3zl i jak najszybciej ucieklam z tego obrzydliwego, szarego, zatloczonego i niebezpiecznego miasta.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Warzywka z Huaraz

Zeby odpoczac troche po tym moim wedrowaniu ulokowalam sie na chwile w Huaraz w hosteliku, ktory calym soba przeczy calej tej dotychczas napotkanej "tyrystycznosci" tego miasta. Za 12 zl mialam wlasny pokoj z lazienka, do dyspozycji kuchnie, nielimitowany internet, pralnie i przepiekny taraz z widokiem na gory. Do tego wszystkiego caly ten hostelik prowadzi absolutnie przesympatyczna rodzinka. Jako, ze obiecalam im reklame (ale jest to reklama jak najbardziej szczera) podaje jeszcze namiary jakby krtos sie kiedys w te miejsce swiata zablakal: Casa Jaimes, Jr. Alberto Gridilla 267, Huaraz, Peru‎ - (0)43 42 2281

Tak wiec lokuje sie w tych wygodach na kilka dni, a ze mam do dyspozycji kuchnie, a niedaleko wspanialy kolorowy ryneczek, robie sobie wielka warzywna wyzerke. Ach jak ja dawno nie jadlam warzyw. Trzeba Wam bowiem wiedziec, ze obiad peruwianski (ten taki najtanszy za 2-3 zl, ktory jadam) sklada sie standardowo z dwoch rzeczy: ryzu i miesa. W roznych odslonach i pod roznymi nazwami, ale zawsze jest to ryz i mieso. W gorach jako, ze hoduje sie jeszcze slawne na caly swiat peruwianskie ziemniaki, gdzies pomiedzy ryzem a miesem jeszcze ziemnak taki zawita. Ale warzyw brak. A ja uwielbiam warzywa!

Trz dni spedzone w Huaraz wygladaly wiec nastepujaco: rano gubienie sie i znajdowanie w uliczkach pelnych warzywnych straganikow, powrot do hostalu z siatami wyladowanymi po brzegi, gotowanie, siekanie, mieszanie, a potem zachwycanie sie dawno nie odczuwanym smakiem buraczkow, fasolki, brokulow, salatki pomidorowo-awokadowej.... echhh... pycha:)

W przerwach od jedzenia zasiadam do komputera i szperam na tsronach lini lotniczych w poszukiwaniu biletu. Zadecydowalam bowiem, ze w polowie maja wracam do domu. Nastroj mam juz lepszy, zdecydowanie poprawiony przez gory (i warzywka;)), aczkolwiek chociazby ze wzgledow finansowych lepiej bedzie juz powoli wracac. Jedna linia lotnicza, druga, dziesieta... 4 tys, 5tys, 3,5tys za bilet... aaa! Dziewczyny przylecialy tu za bilet w dwie strony placac 2tys. Liczylam wiec ze i mi sie uda jakos taniej. Sprawdzam wszystkie okoliczne kraje jako miejsce wylotu, podobnie wszystkie wieksze porty lotnicze w Europie. Jedna druga linia i powoli zaczynam sie zalamywac. Nie mam jak wrocic! 

Ok! Gleboki oddech... Damy liniom jeszcze jakis czas zeby pojawily sie jakies promocje. A tymczasem... wpadl mi do glowy pewien pomysl. Slyszalam od jakis podroznikow, ze istnieje mozliwosc zalapania sie na samolot "na stopa". Tzn na takiego "prawie-stopa". Rzecz polega na tym, ze siedzi sie na lotnisku i czeka. Jesli w jakims samolocie sa wolne miejsca tuz przed odlotem (np ktos z pasarzerow nie stawil sie do odprawy) to mozna takie miejsce zajac za symboliczna oplata 50$. To by bylo cos dla mnie. Nastepny przystanek Lima - popytamy,  zobaczymy ile w tych opowiesciach prawdy. A jesli faktycznie da sie cos takiego zrobic, to zwiedze reszte Peru i w polowie maja zawitam z powrotem do stolicy czatowac na lotnisku.

Ot co! Jest plan to mozna spac spokojnie:)

wtorek, 13 kwietnia 2010

Cordillera Blanca - najpiekniejszy trekking zycia!

Do Huaraz dojezdzam na pace ciezarowki wyladowanej arbuzami. Brzmi pieknie i egzotycznie, ale niestety wcale takie nie jest. Ciezarowka jest wielka, ciezka i powolna, droga wyboista, a arbuzy bardzo BARDZO niewygodne. Ow fatalnego stopa udaje mi sie zlapac o 18, a wysiadam z niego po przejechaniu (uwaga!) 100 km o 4 nad ranem. Na arbuzach ciezko ulozyc sie wygodnie i zasnac. Do tego w miare opuszczania costy i wjezdzania coraz wyzej w gory robi sie zimniej i zimniej. Wkladam na siebie kolejne warstwy ubran, ale w  koncu, gdy wszystrko mam juz na sobie, i tak trzese sie z zimna. I podskakuje na arbuzach! Zeby tego bylo malo, gdy mowiac sobie "nigdy wiecej" zeskakuje z paki, kierowca (Peruwianczyk!) wyciaga reke i mowi "dwadziescia soli". E? Tyle kosztuje autobus. Cieply, z siedzeniami (zamiast arbuzow) i jadacy 40km/h (nie 10!).  Uch! Klocenie sie w srodku nocy na jakis niepewnych przedmiesciach jest ostatnia rzecza na ktora mam ochote, ale przynajmniej rozgrzewa troche i wyladowuje arbuzowa zlosc. Kierowca dostaje w koncu 5 soli, a ja czem predzej uciekam w jakies ciekawsze rejony.

Dwie godziny dzielace mnie od switu spedzam na komisariacie - jedynym cieplym otwartym miejscu, ktore udalo mi sie znalezc. Panowie troche sie dziwia co ja tu robie, ale pozwalaja mi sie troche u siebie ogrzac:)

A potem wstaje slonce i cale to nocne nieszczescie zostaje wynagrodzone z nadwyzka - goooooooryyyyyy:D Dookola miasta wraz z pojawieniem sie pierwszych czerwonych promieni pojawiaja sie kolejno ogromne osniezone szczyty. Jeden po drugim otaczaja miasteczko. Pije jakis cieply ziolowy napar od babulinki na ulicy, rozgladam sie dookola i szeroko otwieram na to wszystko oczy. Laaaaaaalllllllll!!!!

Huaraz to takie nasze Zakopane. Typowe turystyczne miasteczko wypadowe w gory. Jedna na drugim agecje turystyczne, hotele, hostale, wypozyczalnie sprzetu zimowego i sklepiki z pamiatkami. Jestem tam tylko tyle ile wymaga rozeznanie sie w terenie, wypytanie o szlaki i postanowienie gdzie i na ile wyruszam w gory. Wybieram 3-4 dniowa petle "Santa Cruz", ktora zaczyna sie w dolinie rzeki o tej nazwie, przechodzi przez wysoko polozona przelecz "Punta Union" i wraca do cywilizacji dolina sasiednia. Szlak zaczyna sie w okolicy miasteczka Caraz, wiec nic juz po mnie w Huaraz. Nastepna (po ow nieszczesnej arbuzowej) noc spedzam juz w hosteliku, z ktorego niedaleko mam w gory. Robie zapasy prowiantu, zostawiam niepotrzebne rzeczy pod opieka wlasciciela  i wyruszam.
 

I tu pojawila sie pierwsza proba sil. Ania vs. niesamowicie wysokie ceny. 10 zl za dojazd (kilka km) do punktu wypadowego na szlak, 75zl za wejscie do parku. Ktos tu mocno na glowe upadl! Za nic nie dam prawie stowy zeby sobie po gorach na wlasnych nogach pochodzic i przespac noc we wlasnym namiocie. Oczywiscie i jak zwykle (och jakze to nieskromnie:P) probe sil wygrywa Ania. Troche zawdzieczam wlasnym nogom, na ktorych przechodze polowe drogi do wejscia do parku, troche mojemu jak zwykle niesamowitemu szczesciu. Udaje sie bowiem zlapac stopa z inzynierami nadzorujacymi budowe kanalu wodnego w malenkiej wiosce wysoko w gorach. Dzieki temu nie dosc ze przejechalam przez punkt pobierania oplat niezauwazona to jeszcze udalo mi sie zabrac z nimi do samego konca - wysoko, wysoko w gory, gdzie budowany jest wodociag. Co prawda bylo mi to zupelnie nie podrodze do mojego "Santa Cruz", ale tak to juz jest z tym podrozowaniem-nie-planowaniem:) Najpierw wedrujac, potem z paki inzynierskiego jeepa spogladam na Cordillera Blanca. I wiecie jakie skojarzenie przychodzi mi namysl? Piekne sloneczne lato w Polsce! Jestesmy bardzo wysoko (3-4tys mnpm) wiec nie ma juz bananowcow i palm. Co jest? Jest przenica, ziemniaki, mlecze, lubin... Do tego piekne blekitne niebo, blyszczace w sloncu jeziorka i - gdy zadrzec wysoko glowe - osniezone szczyty (juz troche mniej letnio-polskie:P). Bajkowo!

Pod wieczor, podwieziona przez inzynierow w "moim" kierunku, docieram do pierwszej strzalki wskazujacej szlak. Nocleg w namiociku nad potokiem (trawa jest tu taka miekka, zielona i soczysta, ze spi sie jak na materacu!) i nastepnego dnia, gdy ledwie slonce wdziera sie w doline, ja juz wedruje. Jest magicznie i przepieknie. Przez cala droge otaczaja mnie rozlegle zielone laki usiane najprzerozniejszymi kwiatami. Dzis czuje wiosne! Kto by pomyslal, ze mamy tu wlasnie srodek jesieni... Jesieni? Jak tak ma wygladac jesien (ktorej w Polsce deszczowej-mglistej-pazdziernikowej szczerze zawsze nienawidzilam) to moze sobie byc nawet przez caly rok! Calego tego sielskiego obrazka dopelniaja spadajace z hukiem po obu stronach doliny liczne wodospady, blektne i zielone stawy, sniezne czapy na pieciotysiecznikach i stada bydla, koni, oslow i molow pasace sie wsrod lak. Magicznie! Ta wiosna (jesien!) doodaje sil. Jeszcze nigdy chyba nie szlo mi sie tak lekko. Trzeba przyznac, ze szlak nie jest zbyt wymagajacy, ale wziawszy pod uwage, ze na plecach mam wypchane szczelnie 55 litrow namiotu, prowiantu, wody, cieplych ciuchow, spiworow, zestawu do gotowania itd (to jest minus wedrowania samemu, ze nie mozna sie ladunkiem podzielic) to zadziwiam sama siebie. Codziennie budze sie wraz ze wschodem slonca o 6 i po szybkim sniadanku juz jestem w drodze. Tak ide i ide, z krotkim postojem na obiad, az do szarzenia zapowiadajacego niedluga ciemnosc (ok 17). I zatrzymuje sie tylko z powodu nocy. Nogi (i serce!) chca dalej. Naprawde przepiekny trekking!

Tak wedruje dwa dni. Trzeci jest juz ciezszy. Trzeba bowiem wdrapac sie ponad 800m stromym kamienistym podejsciem na przelecz. Sapie ale ide. Cztery tysiace sto, cztery tysiace dwiescie... cztery tysiace siedemset... i wreszcie jest! Czerwona tabliczka mowi "Punta Union 4750". Tak wysoko to jeszcze chyba nie bylam. (Moze raz, na Elbrusie gdzies tam zawitalam w te okolice, ale szybko mgla przegoniona zawrocilam...) Jak by nie bylo - SUPER! Co mnie cieszy jeszcze bardziej, choroba wysokosciowa nie powala mnie na nogi. Oddycha sie ciezko, idzie wolniej niz zwykle... Ale sie idzie! Glowa nie peka i nie ma sie checi zwrocic sniadanka. Z ta radoscia rozsiadam sie na chwile na "szczycie". Siedze, odpoczywam, pstrykam zdjecia, kiedy nagle cos puka mnie w glowe.  Drugie, trzecie... jedna po drugiej spadaja z nieba lodowe kulki gradu wymieszane ze sniegiem. Wow! To moj pierwszy snieg tego roku:)

Potem zaczyna sie schodzenie. Do schodzenia najbardziej pasuje powiedzenie " Nie mow hop...". W tym wypadku " Nie mow ´nie dopadla mnie choroba wysokosciowa`, poki nie zejdziesz". Taaaaak... Nie jest wesolo. Dopadle z opoznieniem efekty ubozszego w tlen powietrza daja sie we znaki rozrywajacym czaszke bolem glowy i checia wyrzucenia z siebie wszystkich wnetrznosci. Ide i tak sobie w duszy marudze, kiedy na drodze staje mi dwojka backpackerow idaca w przeciwnym kierunku. Gadu, gadu, ile czasu jestesmy w drodze (cztery miesiace, trzy miesiace, pol roku), skad jestesmy, co planujemy dalej... Paul wyciaga z plecaka niewielka plastikowa torebke i podaje mi. " Chcesz lisci koki? Sa dobre na chorobe wysokosciowa".
------------------------------------------------
I tu wyjasnienie dla wszystkich mam i babc, ktore sobie teraz mysla "Boze! Dziecko drogie! Narkotyki!":
Liscie koki to nie narkotyk! Tyle maja wspolnego z kokaina co makowiec z heroina czyli pochodza od tej samej rosliny. To czlowiek przybyly zza oceanu wymyslil, ze mozna z tego zrobic silnie uzalezniajacy  bialy proszek. Dla indian w tych stronach od niepamietnych czasow koka byla roslina magiczna i rytualna, a jej zucie pozwalalo zniesc chorobe wysoksciowa czy ciezkie warunkii pracy.  Liscie koki  zwiekszaja odpornosc organizmu, hamuja uczucie glodu i pragnienia, sennosc, dodaja energi. Slowem dzialaja troche tak jak kofeina czy guarana zawarta w dostepnych w Polsce napojach energetycznych, a kupic je tu mozna w zwyklym sklepie spozywczym czy na targu. Ba! Jako, ze mozna z nich zrobic rowniez napar, w supermarketach, zapakowane w saszetki i herbaciane pudeleczka liscie koki stoja gdzies miedzy herbata Lipton a  rumiankiem. No ale wrocmy do zucia...  Bierze sie garstke lisci, zwija w rulonik i wtyka (troche jak chomik) "w policzek". Powoli, wraz z wytwarzanioem sliny, uwalniaja sie z lisci soki o silnym herbacianym smaku.
------------------------------------------------
Wedruje dalej zujac liscie. Czy to koka czy wiecej tlenu? Juz troche lepiej.

Ostatni nocleg juz nieopodal pierwszych pasterskich zabudowan. Rankiem tylko kilka km do szosy i standardowo autostopem sune w dol kolejna przepiekna dolina. U jej wylotu kolejny kontrolny punkt wylapujacy turystow i kazacy placic. Podobno sa rygorystyczni  do tego stpnia, ze przeszukuja plecaki zeby wywnioskowac ile czasu sie bylo w gorach. Kierowca mowi: "bedziesz musiala zaplacic". Ja blado-zielona probuje przypomniec sobie wszystkie historyjki, ktore po drodze wymyslilam dlaczego nie posiadam biletu wstepu, a w moim plecaku znajduje sie osmolona menazka jeszcze pelna ugotowanego wczoraj makaronu. (Jak to w parkach narodowych bywa i tu nie wolno rozpalac ogniska:P). Dojezdzamy do szlabanu, a ten... otwiera sie i mozemy swobodnie przejechac. Uffff.... nie zauwazyli mnie! Chwala Bogu za autostopy na lokalnych blachach:)

środa, 7 kwietnia 2010

Kryzys samotnosci

No i masz babo placek! Przyszedl kryzys. Zroibilo sie zle, smutno i samotnie. Zaczelo brakowac kogos przy boku, ramienia, zeby sie czasem wyzalic, albo kogos, zeby mu powiedziec "Patrz! Jak tu pieknie!".

Bywaly juz w tej podrozy gorsze chwile i male kryzysiki. Nie zawsze wszystko bylo pieknie ladnie. Najwiekszy z nich w Cartagenie, kiedy bylam chora i slaba i ciezej bylo sobie radzic. Bywalo zle. Ale nigdy, NIGDY, ani przez chwile nie pomyslalam, ze chce wracac. A teraz... teraz zaczynam myslec o powrotach. Nie juz zaraz, za moment (z reszta kupienie biletu na ostatnia chwile byloby rownoznaczne z zadluzeniem sie u wszystkich krewnych i znajomych na najblizsze kilka lat:P), ale niedlugo. Za miesiac? Poltora? (w zasadzie za dwa miesiace i tak mija planowane pol roku:) ) Tluka sie po mojej glowie mysli zeby odpuscic Boliwie, Paragwaj i Brazylie, ktore wczesniej planowalam. I wracac.

Myslalam, ze to chwilowe, ale nie - trwa juz tak we mnie kilka dni. Daje sobie jeszcze tydzien. Jak nie przejdzie to szukam biletow.

Powod tego wszystkiego? Ciezko podac jeden. Mysle, ze sklada sie na taka postac rzeczy kilka spraw. Po pierwsze: CZAS. W koncu nie ma mnie w domu juz od czterech miesiecy. Nie widzialam rodziny, nie spotykalam sie z przyjaciolmi, ba! nie spalam we wlasnym lozku... Po drugie: DZIEWCZYNY. Przyjazd Karoliny i Mariki byl super i bardzo sie ciesze, ze moglam z nimi popodrozowac. Ale z drugiej strony przypomnial Gdansk, przyjaciol, imprezy... Rozmawialysmy duzo, a wiekszosc naszych rozmow dotyczyla wlasnie tego swiata, ktory gdzies tam za oceanem na chwile zostawilam. To sprawilo, ze  wrocily dobre wspomnienia i  przyszly mysli o tym jak bedzie jak wroce. Nowe plany i marzenia. A gdy wyjechaly wyrazniej odczulam roznice ktos jest/ nikogo nie ma. Po trzecie: PERUWIANCZYCY. Tak jak do tej pory spotykalam ogromne ilosci cieplych i serdecznych ludzi tak teraz, w Peru natykam sie czesciej na niechetne lub - co gorsza - cwaniaczkowate miny. W Ekwadorze ludzie zaczepiali na ulicy i zzaciekawieniem pytali skad jestesmy, pozdrawiali, zyczyli szczescia. Tu jest inaczej. Tu na ulicy gwizdza, wytykaja palcami, mowiac "mira! gringa!" (patrz! biala!). Gdy kogos poprosic o pomoc to albo ci jej nie udzieli albo zrobi to z wielka laska. Hmmm... Nie chce generalizowac. Moze po prostu szczescia w ostatnich dniach mi troche zabraklo (oh! a  moze juz cale wykorzystalam?! mialam go przeciez tyle!:P). Jak by nie bylo, przez to ze rzadziej spotykam przyjazne dusze, gorzej mi sie jezdzi i jeszcze bardziej teskni.

Samotnosc nie byla taka zla przez ten czas. Ba! Cieszylam sie nia i czerpalam z niej wiele. Dzieki niej napewno niektorych rzeczy moglam doswiadczyc pelniej. Poza tym co dzien natykalam sie na mnostwo przyjaznych ludzi, ktorzy sprawiali ze wcale nie bylo samotnie. Ale wszystko ma swoje granice i swoj czas. Tak... teraz jest czas zeby powoli konczyc ta niesamowita wyprawe.
Poza tym jest jeszcze ostatnia kwestia, ktora znaczaco wplywa na decyzje powrotu. Konczace sie powoli fundusze.W polowie maja da sie jeszcze znalezc zagubione studenckie dusze, ktore potrzebuja korepetycji przed zblizajaca sie sesja, a tym samym troszke dorobic. Dlatego tez ten czas bylby na powrot dobry.

Zobacze... Wszystko przemysle, w glowie poukladam i zadecyduje. Tymczasem ruszam w gory. Bo gory na rozmyslanie sa wrecz wysmienite:)

...

Rozmawiam z Ania na czacie i mnowie jej o moich nastrojach. Ania mowi, ze to dobrze, ze juz sie bala, ze nigdy nie bede chciala wracac. Hehe. To prawda - pamietam jak w Otavalo gdy chodzilam pomiedzy kolorowymi straganami oczy zachodzily mi lzami, ze kiedys bede musiala stad wyjechac. Dobrze. Teraz przynajmniej bede wsiadac do samolotu  mniej ze smutkiem ze cos opuszczam, a bardziej z radoscia, ze gdzies wracam:)

wtorek, 6 kwietnia 2010

Brzydkie psy w Trujillo

Pierwszego brzydkiego psa zobaczylam w Trujillo wychodzac z muzeum Chan Chan. Wyszlam z niego szybko bo nie bylo tam nic ciekawego. No moze nie liczac wielkich plastikowych ludzi przedinkaskich. Ciekawe w nich bylo jednak jedynie to, jak mozna cos takiego w muzeum wystawic..

Brzydki pies stal pod muzeum, merdal ogonem i  byl po prostu brzydki. Jego owlosienie ograniczalo sie do przerzedzonej garstki siersci na czubku glowy, a odslonieta szarobura skora robila odrazajace wrazenie. Zeby tylko nie podszedl, nie otarl sie. - pomyslalam - Na pewno siersc wypadla mu na skutek jakiejs dziwnej choroby. Moze jest zarazliwa dla ludzi.

Potem poszlam do ruin niesamowitego palacu Nik An i o brzydkim psie na chwile zapomnialam. Palac ten byl centrum najwiekszego odkrytego w Ameryce Poludniowej miasta epoki prekolumbijskiej zajmujacego  powierzchnie az 24 kilometrow kwadratowych i liczacego okolo 30 tys mieszkancow. Miasto Chan Chan  powstalo w polowie IX wieku i bylo stolica Imperium Chimu, ktore panowalo tu zanim pojawili sie Inkowie. Zbudowane jest z suszonej na sloncu glinianej cegly adobe, a z powodu wielkosci i budulca znane jest jako "najwieksze gliniane miasto swiata". Przejscie sie po ruinach robi niesamowite wrazenie. Skomplikowane korytarze, wielkie place przeznaczone do obchodow wazniejszych wydarzen,  sciany obficie rzezbione, ozdobione podobiznami  ptakow, ryb i małych ssakow.

To jedno, co mozna w okolicach Trujillo zobaczyc. Drugie wazne miejsce jest jeszcze starsze i zostalo zbudowane przez cywilizacje Mocha, ktora panowala tu w okresie I w. p.n.e. - IX w. n.e.  Nazywa  sie  Huacas del Sol y de La Luna czyli Swiatynie Slonca i Ksiezyca. Wszyscy tu mowia, ze wizyta tam jest obowiazkowa. Ide wiec. Przedzieram sie na druga strone miasta cudo ow zobaczyc. Czlapiac tak brudnymi ulicami staje kilka razy jak wryta. ¿Que pasa? Co to plaga jakas?  Najspokojniuej w swiecie obrzydliwy pies podnosi noge i znaczy po psiemu przydrozna latarnie. Ten to jest juz zupelnie lysy. Lysy i brzydki. Kilka minut drogi dalej inny lezy spokojnie w cieniu.
W koncu, pozostajac wciaz pod dziwnym psim wrazeniem, docieram do Huacas, kupuje w kasie bilet i wraz z obowiazkowym przewodnikiem rozpoczynam zwiedzanie. Podobnie jak Chan Chan, i ta budowla zbutowana jest z adobe. Robi jednak tym niesamowitsze wrazenie, ze mimo uplywu czasu zachowaly sie kolory malowidel i rzezb (maja 18 wiekow, a kolory sa wciaz bardzo intensywne!!!!!!). Ze scian szczerzy zeby bog-natura. Humorzasty, zmienia miny, gdy przechodzimy z pomieszczenia do pomieszczenia. Przewodnik opowiada o znaleziskach i stworzonym na ich podstawie obrazie owczesniej kultury. Dlaczego czczono takie zwierzeta, jakie ofiary skladano bogom, jak wygladalo zycie zwyklego czlowieka, a jak zycie wladcow.  
- Spojrz na te sciany! - mowi - Jak dziwnie sa zbudowane. Z pojedynczych fragmentow miedzy ktorymi zachowany jest kilkucentymetrowy odstep. To chroni przed niszczycielska sila trzesien ziemi. Zobacz... Tyle miast zbudowanych przez wspolczesnego czlowieka sie przez wieki zawalilo w tych regionach. A Huanca de la Luna stoi. Tego, co uleglo zniszczeniu nie zniszczyla natura. Owszem,  i czas,  i wiatry i deszcze odegraly tu pena role. Ale najgorsze uczynil czlowiek. W 17 wieku hiszpanscy konkwistadorzy mieli gdzies historie. Poszukujac zlota obracali w pyl resztki kultury Moche.

Schodzimy stromymi schodami i stajemy na placu otoczonym wysokimi scianami pokrytymi kolorowymi rzezbami. Posrodku jednej z nich zostala umieszczona duza plyta rowniez chojnie przystrojona przenajrozniejszymi ornamentami. To kalendarz. Przewodnik wyjasnil mi co oznaczaja wyrzezbione na nim podobizny.
- To zwierzeta charakterystyczne dla tego regionu, z roznych powodow wazne dla lokalnej ludnosci. - tlumaczy przewodnik - Jest waz i skorpion mieszkajace na pustyni, jest ptactwo domowe, a tam, widzisz... -Nie uwierzycie co powiedzial wskazujac na jakies niebieskie czworonozne zwierze! - to lysy pies. 
- ????
- Widzialas pewnie na ulicach Truillo takie brzydkie szare psy...
- e y no widzialam. A to one nie byly chore?
- Hehe! Faktycznie sprawiaja takie wrazenie. Nic im jednak nie dolega. To taka bardzo bardzo stara rasa, ktora znaly juz ludy Moche.
- aaaaaaa..... 

Nad swiatynia goruje swiety szczyt Cerro Blanco (czyli bialy). Dawno sie nigdzie nie wdrapalam, wiec teraz z checia znowu spojrze sobie na swiat z gory. Wcale nie jest latwo. Gora jest jakby poskladana ze stromych gladkich skalnych scian miedzy ktorymi lagodniejsze czesci pokryte sa sypkim piaskiem nawianym przez pustynie. Sciezki nie ma. Mozna  albo ze scisnietym sercem wdrapywac sie po twardej skale albo isc brodzac po kolana w osypujacym sie piasku. Dwa kroki naprzod jeden zeslizgujac sie w dol. W koncu jednak weszlam. Stanelam na szczycie i spojrzalam w dol. Jak okiem siegnac nic. Gdzies na horyzoncie blekitny pasek pacyfiku. A poza nim tylko pustynia. Juz jadac do Trujillo przekonalam sie, ze tak szybko to ona sie nie skonczy. Bedzie tak trwac sucha pylasta przez cale wybrzeze az do Chile, gdzie przerodzi sie w koncu w najsuchsza pustynie swiata - Atakame. Juz mnie jednak tak nie przeraza, jak przy wiezdzie do Peru. Przyzwyczailam sie do niej i polubilam te wielkie puste przestrzenie, piaszczyste wydmy, skaliste gory. Siedze na szczycie Cerro Blanco i ciesze ze swiata, ktory widze :)

Schodzac, u podnoza gory spotkalam kobiete z brzydkim psem. Jako ze bylysmy tylko dwie na srodku pustkowia, naturalnym bylo zamienic slowo. Pogadalam z nia chwile, poglaskalam zdrowego jak rydz lecz dziwnego psa i poszlam dalej swoja droga.

Potem wyszukalam brzydkiego psa w internecie. Wiecie jak nazywa sie rasa? Dokladnie tak jak mozna nazwac peruwianskiego psa bez siersci.  N A G I    P I E S    P E R U W I A N S K I   ! ! !
:)