Wyruszyłam spełnić marzenie...

"Istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej. " - R. Kapuściński
Ja... no cóż... trzeba przyznać, że na tą chorobę jestem właśnie chora. Zaczęłam podróżować jeszcze jako nastolatka. Powoli, z roku na rok autostopem odkrywałam Europę, później była Gruzja, Turcja, Maroko, Japonia. Z wyprawy na wyprawę coraz większy zachwyt światem, ludźmi, odmiennością kultur. Kiedy jeszcze ograniczały mnie czasowo studia wymarzyłam sobie, że gdy tylko je skończę wyruszę na długo w świat. Tak po prostu - bez większego celu, żeby poznawać, dotykać, smakować, zachwycać się odmiennością, a przede wszystkim budować siebie konfrontując swój świat ze światem napotkanym. Przekonałam się bowiem już nie raz, że wędrowanie po świecie to wspaniała okazja do wędrowania wgłąb siebie.
Wyruszam w zakątek świata, w który zawsze ciągnęło mnie najbardziej - do Ameryki Południowej. Podglądać życie Indian, zanurzyć się w dżungli, zobaczyć tukany, małpy i gigantyczne motyle, spłynąć Amazonką, zachwycić się ogromem Andów, odwiedzić zaginione miasta, posmakować lokalnych specjałów oraz rozmawiać z ludźmi, aby poznać ich świat, historię, kulturę, dowiedzieć się jak żyją.
Kiedy wrócę? Wrócę jak mi się znudzi, gdy poczuję, że marzenie spełnione, a bagaż doświadczeń wystarczająco wielki by bez wstydu przytaszczyć go do Polski. Wrócę, gdy przyjdzie na to czas. W planach mam pół roku wędrowania. Jak będzie w rzeczywistości pokaże los.



wtorek, 2 lutego 2010

Cartagena - miasto piratow i Marqueza

Cartagena jest zdecydowanie przepiekna! Zanurzam sie w zatloczonych uliczkach pelnych straganikow na kolkach, podziwiam doskonale zachowane domy z epoki kolonialnej z cudownymi rozkwieconymi balkonami. Mijam miejsca ktore dawaly natchnienie Marquezowi (wlasnei skonczylam ¨Milosc w czasaqch zarazy¨ i jestem na nowo totalnie w Marquezie zakochana!), jego dom. Dwa dni gubie sie i odnajduje w tym niesamowitym klimacie.

(Poza tym poznaje wszelkie smaki kolumbijskich napojow nawadniajacych, ktore pije nalogowo, zeby stanac na nogi. Kokosowy jak na razie wygrywa. Winogronowy nie do przelkniecia:P)



piątek, 29 stycznia 2010

Pierwszy kajman ¨klapnal¨ paszcza

Tak tak moi drodzy – zywy i prawdziwy, dziki alligator klapna paszcza 1,5 metra od mojej nogi wlasnie wtedy, gdy zastanawialam sie czy przejsc ta sadzawke brodzac w wodzie, czy pojsc na okolo:P (poszlam na okolo!)

Jestem w Parku Narodowym Tayrona – podobno jednym z najpiekniejszych w Kolumbii. Faktycznie robi wrazenie. Niestety pierwsze wrazenie zle – oplata za wstep 50 zl. Ale skoro juz sie tu doczolgalam (ledwo bardzo, bo wciaz na wszelkie jedzenie moj zoladek reaguje zle) i ma byc tak pieknie, to place. Potem faktycznie wrazenie jest juz tylko dobre.

Najpierw 40 min idzie sie przez dzungle. Dzungla wydziera sie jak moze, skrzeczy, piszczy, wydaje tysiace przedziwnych odglosow. Tabliczki co chwila informuja jakie endemiczne gatunki malp czy tukanow mozna tu spotkac. Na mnie robi to tym wieksze wrazenie, ze jestem jednym z ostatnich (jesli nie ostatnim) turysta tego dnia i gdy sobie dziarsko przez dzungle wedruje to rownie dziarsko slonce zachodzi za horyzont. Boje sie ze nie zdaze przed zmrokiem znalezc miejsca do spania. Poza tym nie mam juz sily isc i czesciej potykam sie o swoje nogi niz o nie nie potykam. Cale szczescie w koncu widze znak ¨5 min do pola namiotowego, w lewo, w glab lasu¨. Klimat niesamowity. Jest totalnie drzunglascie. Nie jakis tam turystyczny syf – po prostu polana w dzungli z kilkoma skleconymi z palm i innych naturalnych dobr daszkami. Zasypiam pod sama moskitiera. Nade mna niebo, kiwaja sie palmy, bananowce, wokol slychac wszelkiego rodzaju odglosy.

Rano dochodze do plazy. Przepieknie! Duzo roznych ptakow lata w kolo albo brodzi w zarosnietym trzcinami bajorku. W tym samym bajorku jak sie okazuje mieszkaja i kajmany. Dzikiego kajmana zobaczyc to jest to!:)

Dwie plaze dalej jest plaza Cabo san Juan de la Guía. Tu znajduje sie kolejne pole namiotowe (juz nie ten klimacik i licza dwa razy drozej, ale tez przyjemnie) i poczatek szlaku do zaginionego miasta Pueblito (czyli Miasteczko). Tasa z przepieknymi widokami pewnie by mnie bardziej zachwycala gdybym tak szalenie nie zdychala. W trzy godziny udalo mi sie przejsc to, na co parkowe strzalki przewiduja poltorej. Jednakze doszlam. Miasteczko, no coz… Zaginione faktycznie, bo zostaly po nim tylko okregi wytyczone z kamieni, ale jak na pierwsze widziane przeze mnie slady sprzed wiekow w tej czesci swiata, moze byc. Gdybym tu byla po wizycie w Peru, pewnie zalowalabym morderczej wspinaczki. Teraz jednak z zaciekawieniem czytam tabliczki mowiace, ze miasteczko bylo zbudowane na 250 tarasach (stad te kolka:)) i mieszkalo tu 2000 osob.

Nie potrafie sobie przypomniec o co z ta smiercia od spadajacego kokosa chodzilo, ale jakos tak sie mowilo ze jest bardziej prawdopodobna niz jakas tam przyczyna smierci, ktorej sie tak bardzo w Polsce obawiamy. No tak. Haha. Mozna sie z tego smiac siedzac w Polsce. Gorzej sobie o tym przypomniec spedzajac noc w czasie sztormu w gaju kokosowym. Czy wiecie jak wielkie ¨LUP¨ robi kokos gdy spada z wysokiej palmy? A czy wiecie jak czesto spada kokos z wysokiej palmy podazas sztormu? Nie opowiadajcie dzieciom wiecej tej historii o kokosach. Przyjdzie im sie kiedys bac tak jak balam sie ja:P
Trzeciego dnia wracanie z ciaglym przysiadaniem ze zmeczenia. Jest jeszcze bardziej sztormowo, kajmanow nie widac, ale wciaz widoczki zachwycajace.
wspinajac sie ku Pueblito
Zaginione miasto
sztormowo
ale widoczki przepiekne

środa, 27 stycznia 2010

Do Kolumbii wjechalam na motorze

Transport publiczny w Ameryce Poludniowej to temat na oddzielny obszerny wpis (obiecuje kiedys zamiescic:)). Teraz jednym slowem powiem tylko, ze jest PRZEDZIWNY! Przykladem tego moze byc motor, na ktorym to wlasnie wjechalam do Kolumbii.

Autobusy miedzymiastowe dojezdzaja tylko do centrum miasteczka przygranicznego w Wenezueli. Potem, aby dostac sie do granicy, ktora polozona jest gdzies w polu trzeba sie przesiasc w takie 

rozklekotane cos. Gdy cos nas wiezie, co chwila sie zatrzymuje. Pojawia sie to jakis policjant, to straz graniczna, to nie-wiadomo-kto i sprawdza paszporty. Zanim dotarlismy do wlasciwego okienka trezba bylo dokumenty wyciagac dobre dwanascie razy. Wszystko to oczywiscie w celu wykrycia najmniejszych spraw niepewnych ktore moznaby zatuszowac lapowka.

Przy okienku wlasciwym trzeba sie z grata wypakowac (z tego co mi wiadomo nie wolno samochodem wyjezdzac z Wenezueli, ani do niej wjezdzac) i dalej zbierac pieczatki i uiszczac wszelkie absurdalne oplaty (oplata za wyjechanie z kraju 55zl) na piechote. Jako, ze wciaz jestesmy w polu, a samochody tedy nie jezdza, majac juz wszystkie pieczatki, trzeba sie jakos dostac do kolumbijskiej cywilizacji ( do najblizszej miejscowosci 12km). Wyjscia sa trzy: taksowka – 8zl, autobus dalekobiezny do Santa Marta 45zl albo… TAXI-MOTOR. 3zl. Bez kasku, z ciezkim plecakiem na plecach zajmuje tylnie miejsce i jade do Kolumbii:D

A tu jeszcze garstka obrazkow przygranicznych:

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Dieta cud i zamieszki

Czyli co mnie probowalo o zatrzymac w Wenezueli.

Wrocilam z gor, wypoczelam i juz mialam zamiar wrzucac swoj maly swiat z powrotem do plecaka i jechac w strone Kolumbii gdy dopadlo mnie z nienacka jakies wstretne chorobsko. Albo to wirus grypy zaoladkowej albo jakis zmasowany atak lokalnych bakterii – jedno jest pewne: wysoka goraczka i wybryki jelit przykuly mnie do lozka i do toalety uniemozliwiajac jakiekolwiek wojaze w najblizszym czasie. Lezalam, spalam, robilam NIC. A ze nic-nie-robienie lezy w stanowczej opozycji do mojej natury, cierpialam bardzo.

Po kilku dniach, gdy poczulam sie na tyle dobrze ze bylam w stanie jako tako stawic czola swiatu, kupilam bilet na nocny autobus do przygranicznej miejscowosci. Wieczorem, juz spakowana, wrzucilam plecak do samochodu i pozwolilam panstwu Mendoza zawiezc sie a dworzec.

I tu wlasnie na drodze stanela mi kolejna przeszkoda – zamieszki. Merida jest miastem typowo studenckim, a studenci krzycza najglosniej. Zazwyczaj przeciwko Chavezowi. Powody byly trzy: prad, smieci i telewizja.

Z pradem to jest tak ze zazwyczaj go nie ma. Hugo Chavez narzucil racjonowanie energii elektrycznej jako lekarstwo na skutki suszy, ktora w ubieglym roku dotknela Wenezuele. Elektrownie wodne, sa w tym kraju glownym zrodlem energii elektrycznej wiec skoro wody brak to i pradu brak. Rzad zwala kryzys na susze, opozycja zwala na rzad – wielu twierdzi, ze za zaistniala sytuacje odpowiedzialne sa braki inwestycji w energetyce w ciagu ostatnich 11 lat. Czyja by to wina nie byla, koniecznosc czy nie, Chavez prad ucina. W Meridzie przerwy w dostawie potrafia byc trzy dziennie po dwie godziny kazda. Staja banki, fabryki, chlodnie, komputery, sygnalizacja uliczna, wszystko. Chaos. Godzin przerw sie nie podaje ze wzgledu na zlodzei, wiec nigdy nie wiadomo kiedy wszystko przestanie dzialac. Tylko niedziela jest pewna, ze pradu nie odetna. Powod? W niedziele zawsze przemawia Chavez.

Po drugie: smieci. Ze smieciami to do konca nie wiem jak jest. Wiem co widze. Widze ich tony na ulicach - nie tylko te rzucone od niechcenia, ale takze te domowe, powiazane w worki, wystawione na chodnik. Pietrza sie w ilosci niesamowitej zarowno w biednych dzielnicach slumsowych jak i w zabytkowym centrum miasta. Wszystko wskazuje na to, ze od bardzo dawna smieciarka zadna tedy nie przejechala.

W koncu telewizja. RCTV byla telewizja mocno antychavistyczna (jesli tak moge powiedziec). Juz kilka lat temu ze wzgledu na prezentowane poglady prezydent nie przedluzyl jej licencji jako telewizji krajowej, funkcjonowala ona jednak nadal jako telewizja satelitarna z oficjalna siedziba w USA. Tresci programowe pozostaly te same – wenezuelskie. Nowe, wprowadzone przez wladze przepisy nakladaja na wszystkie lokalne stacje obowiazek emitowania takich programow jak przemowienia prezydenta. RCTV sie do tego prawa nie zastosowala, na skutek czego musiala zostac zamknieta.

W Caracas zawrzalo. Tysiace Wenezuelczykow wyszlo na ulice protestowac: chcemy wolnosci slowa! To samo w Meridzie - miasteczku, w ktorym bylam. Zamkniecie telewizji stalo sie kolejnym powodem aby wybuchly protesty. Studenci wyszli na ulice domagajac sie pradu, wlasciwego funkcjonowania sluzb oczyszczania miasta i przywrocenia popularnego kanalu. W calym miescie plonely opony, samochody, slychac bylo strzaly.

Zeby dojechac na dworzec musielismy przedostac sie na drugi koniec miasta. Co chwila droge zagradzaly nam grupy protestujacych. Czasem za zakretem okazywalo sie ze droga jest zatarasowana, wszedzie gesty szary dym i plomienie. Trzeba bylo jak najszybciej zawracac. Nie powiem – byly momenty kiedy na chwile zapieralo ze strachu dech. Na dworzec dojechac sie w koncu udalo, ale jak sie okazalo zupelnie nie potrzebnie - autobusy i tak nie mialy jak wyjechac, a wiekszosc pasazerow jak dotrzec na miejsce. Wszystkie odjazdy zostaly odwolane.

Nazajutrz gazety donosily o dwoch zabitych studentach i kilkudziesieciu rannych zarowno ze strony polilicji jak i protestujacych. Ulice pelne byly spalonych wrakow samochodow i resztek opon. W najbardziej newralgicznych punktach miasta pojawily sie wozy pancerne i grupki przygotowanej na odpieranie atakow policji. Oznacza to, ze jeszcze sie nie skonczylo…

Ja jednak korzystajac z chwili spokoju wyjezdzam nocnym autobusem w strone Kolumbii. Opuszczam Wenezuele – kraj z przecudowna przyroda i niesamowicie przyjaznymi ludzmi, ale rowniez kraj, w ktorym niczym dziwnym nie sa strzaly na ulicy, w sklepach niczego nie ma, ceny sa zaporowe, a polityka wyglada jak wyglada.

piątek, 22 stycznia 2010

Sierra Nevada


Do miasteczka Los Nevados udalo mi sie dojechac dwa dni po tym, jak przyjechalam do Meridy. Zarzucilam na plecy plecak i powedrowalam ku gorom. Jeszcze przez pierwsza godzine mijalam pojedyncze, porozrzucane po stoku domki. Potem, przez najblizsze 24h bylam sama – tylko ja i gory. Wedrowanie, ktore tak lubie i zachwyty ogromem natury. Wieczorem obozuje nad rzeka, gotuje nad ogniskiem i w koncu opatulona w dwa spiwory ide spac.

Od rana znowu wedrowanie. Im dalej i wyzej tym trudniej, ale i widoki coraz piekniejsze. Robi sie coraz bardziej stromo, a na dodatek choroba wysokosciowa daje o sobie znac. Jeszcze piec krokow odpoczynek. Dam rade. Byle do zakretu! Glowa boli, trudniej sie oddycha. Tym sposobem – raczej sila woli niz miesni – docieram na przelecz Alto de la cruz na 4200 mnpm. Niby to nie tak wysoko. Mnie jednak zawsze rozrzedzone powietreze dawalo sie szybko we znaki.

Ide kawalek trawersem w strone najwyzszego szczytu Pico Bolivar (5007 mnpm). Moim marzeniem bylo na niego wejsc. Niestety pokazalo sie, ze bez rakow i czekana jest to nie mozliwe. Pozostaje mi wiec tylko ogladanie kolosa z daleka.  Nastepnie cofam sie do stacji kolejki linowej. Gdyby dzialala, bylaby najdluzsza na swiecie kolejka tego typu (12,5 km). Wagoniki kursowaly niezmiennie przez ostatnie 50 lat, ale teraz, niestety, konieczna jest naprawa i cala maszyneria ruszy znow za ok 2 lata.

Na stacji spotykam w koncu jakis ludzi. Sa to pracownicy zajmujacy sie naprawa silnikow. Pracuja w trybie ¨osiem dni na gorze, osiem dni na dole¨, wiec podobnie jak ja spedzaja tutaj noc. W tym jednak sa ode mnie lepsi, ze maja lozka, ciepla wode i cieple kurtki i czapki przystosowane do zimna panujacego na tej wysokosci.  Luksusami dziela sie jednak jak moga – zapraszaja na ciepla kolacje. W menu przepyszna lasagne prosto z pieca. Na sniadanie, po ciezkim noclegu, kawa i  empanadas czyli smazone pierozki z serem. Nie ma co – przy takiej goscinnosci schudnac w Wenezueli bedzie trudno;)

Kreta droga dochodze do ponizszej stacji a potem z wolna zaczynam zanurzac w las az do momentu kiedy z trzech stron otacza mnie gesta dzungla, a kazdy postoj jest rownoznaczny z otoczeniem przez chmare wyglodnialych latajacych bestii wszelkich wielkosci i rodzajow. 2000 m wilgotnym lasem w dol i wieczorem jestem juz znow w cywilizacji.

Do domku nad rzeka mam jednak jeszcze kawalek. Zamiast maszerowac asfaltem postanawiam zlapac stopa. Nic prostrzego – zatrzymuje sie pierwszy przejezdzajacy pojazd... SKUTER;D Mozliwosc zlapania czegos takiego to jeden z niewatpliwych plusow ¨pojedynczosci¨.

Brudna i zmeczona docieram do domu. Zdecydowanie – kocham gory!








 

U panstwa Mendoza

Od kilku dni mieszkam w przepieknym domu polozonym w Andach. Dom nalezy do malzenswa bedacego juz na emeryturze - pani i pana Mendoza. Jak sie tu znalazlam? W sposob naturalny – autostopem. A bylo to tak...


Bylam bardzo mocno zla, gdy okazalo sie, ze w gory isc nie moge. Tyle tu jechalam, tyle sie nacieszylam. I wszystko ta durna samotnosc! Tak szlam i myslalam. Bylo mi bardzo zle. Na dodatek zmierzchalo sie, a ja nie mialam pojecia gdzie tu isc i szukac noclegu. Zatrzymalam pierwszy przejezdzajacy samochod. Cale szczescie nie pytali sie gdzie ide, bo ciezko byloby mi odpowiedziec - sama przeciez nie wiedzialam. Zaczeli za to zadawac standardowe pytania typu ¨skad jestes¨.
- Z Polski? Ja tu znam jedna polke. Zaraz cie tam zawieziemy!
- Tak? Swietnie. - bylo mi do prawdy wszystko jedno.

W uroczym domku polozonym nad rzeka na samym koncu wioski Mucuj Baja przywital nas Pablo Mendoza. Chwile pogadal z kierowca po czym zwrocil sie do mnie
- to mowisz po polsku, tak?
Skad pan Pablo zna polski? Jak sie okazalo, studiowal kiedys w Warszawie w ramach wymiany studenckiej. Tam poznal pania Grazyne (fizyczke!), ktora po jakims czasie rowniez stala sie Mendoza. Razem wyjechali do Wenezueli. Najpierw mieszkali w Caracas, pozniej, juz na emeryturze, przeniesli sie w to urocze miejsce, w ktorym teraz jestem ja.


Nie minelo 5 minut rozmowy jak zostalam zaproszona na noc. Gospodarze okazali sie byc niesamowitymi, przesympatycznymi, cieplymi i bardzo kochanymi ludzmi. Nie minelo wiele czasu jak otrzymalam przytulny pokoik, recznik, posciel i polecenie ¨czucia sie jak we wlasnym domu¨. Przy wspolnej kolacji opowiedzialam o problemie, ktory mnie spotkal, gdy probowalam pojsc w gory, co poskutkowalo to postawieniem na nogi co najmniej polowy Wenezueli. Obdzwonieni zostali wszyscy krewni, przyjaciele i znajomi, ktorzy mogli cokolwiek wiedziec lub znac kogos kto moglby ow ¨cokolwiek¨ wiedziec o tym, jak sie w gory bezpiecznie, samotnie i za darmo dostac.

Moral z calego tego dzwonienia byl taki, ze najlepiej bedzie jesli z Meridy wezme jeepa i pojade nim do wioski Los Nevados polozonej gleboko w gorach. Stamtad moge wyjsc na szlak bez zadnej kontroli, oplat czy liczenia ile mnie jest. Niestety, gdy okolo poludnia stawilismy sie w Meridzie na placu z ktorego odjezdzaja samochody, okazalo sie ze sie spoznilismy - dzis juz nic nie pojedzie. Musimy wrocic dnia nastepnego skoro swit.

Tym sposobem okazalo sie, ze zamiast jednej nocy w Mucuj Baja zabawie tu troche duzej. Tym bardziej, ze po powrocie z gor musze sie koniecznie zameldowac aby oddac mape, a potem moge zostac kilka dni zanim wyjade do Kolumbii. W glowie pani Grazyny zaczely rodzic sie kolejne pomysly w jakie piekne miejsca mozemy razem pojechac na wycieczke. Tym sposobem zadomowilam sie na dobre...

Czuje sie tu fantastycznie. Panstwo Mendoza sa tak kochani i pomocni, ze mam wrazenie jakby byli czescia mojej rodziny. A na dodatek ten dom! Piekny przestronny, urzadzony dokladnie tak jak ja bym chciala urzadzic kiedys swoj. Do tego ogromne okna wychodzace na ogrod dodajace przestrzeni. W ogrodzie drzewko pomaranczowe ugina sie od pomaranczy, dwa psy ganiaja sie wesolo, a wsrod przeroznych kolorowych kwiatow lataja kolibry. Kolibrow jak wrobli! Szumi rzeka, dookola, gdzie nie spojrzec gory. Pieeeeeeknie!

Spedzam tu przemily czas. Na rozmowach na tematy przerozne, przygotowujac posilki, jezdzac na wycieczki - to do Meridy, to w jakies urocze gorskie zakatki, piorac, czytajac, korzystajac z komputera.


Na dodatek pani Ana (ta co mi w autobusie pomogla) pisze maile, ze jak zejde z gor mam koniecznie zadzwonic to razem na jakas wycieczke pojedziemy. Do goracych zrodel na przyklad.

Nie wiem czy to ja mam to niesamowite szczescie czy to swiat jest tak dobry, pelen tak kochanych ludzi. Z calego serca wierze jednak, ze to wina swiata! Zachwycam sie tym co mam, co dostaje i co mnie spotyka. Zarowno ze strony Wenezuelskiej, ale takze w poczuciu jak wspanialych przyjaciol mam w Polsce! (i w Niemczech;) ) W mailach, smsach, przez komunikator. Zupelnie i zdecydowanie: nie jestem sama!

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Jade w gory



 Wymarzyly mi sie gory. Od czasow Pitona strasznie sie rozleniwilam, wiec gdy wszystkie ¨plaskie¨ ciekawe miejca w Wenezueli zostaly odiwedzone i przyszedl czas na Andy z podekscytowaniem czytalam przewodnik i robilam plan trasy na tygodniowy trekking.  


Z Coro postanowilam jechac do Meridy nocnym autobusem. Mimo, ze siedzenia bardzo wygodne, trudno bylo usnac i dopiero okolo  godziny 1 udalo mi sie zmruzyc oko. Nie spalam jednak dlugo. Po dwoch godzinach ze snu wyrwalo mnie nagle szarpniecie. Autobus gwaltownie zarzucil w prawo, w lewo, znowu w prawo i w koncu stanal. Poruszenie. Wszyscy zywiolowo komentuja sytuacje po hiszpansku. Ja zupelnie nie wiem co sie dzieje. Kaza wysiadac, wsiadac z powrotem, brac swoje rzeczy, zostawiac. W srodku nocy stoje w tloku na poboczu i staram sie znalezc kogokolwiek kto, nawet jesli nie po angielsku to wolno po hiszpansku bylby w stanie wytlumaczyc mi co sie dzieje i co mam robic. Jedna pani z przeblyskami angielskiego (yes, no, one, two, three) tlumaczy ze mielismy wypadek. Nikomu nic sie nie stalo, ale autobus nie moze dalej jechac i musimy czekac az przyjedzie po nas kolejny. Cale szczescie wsrod pojazdow, ktore zatrzymaly sie za nami jest autobus jadacy do Meridy i ma kilka wolnych miejsc. Wielkim fartem udalo nam sie zajac dwa z nich. Jedziemy.

W miescie jestesmy zaledwie 2 godziny po planowanym przyjezdzie. Problem w tym, ze przez te wszystkie wydarzenia oko zmruzylam jedynie na chwile i jestem ledwo zywa. Pani pyta jakie mam plany.
- Supermarket i zapasy na caly tydzien, a potem w gory – odpowiadam
- To moze zrobmy tak: teraz pojedziemy do mnie do domu, zjemy sniadanie, wezmiesz prysznic, a potem z mezem i z synem w planach mamy lunch u  tesciowej, ktora mieszka niedaleko miejsca, gdzie zaczyna sie szlak. Mozemy cie podzucic, po drodze kupujac wszystko co jest ci potrzebne.
Nie zdazylam wykrztusic z siebie ani tak, ani nie, ani tego, ze spadla mi jak z nieba, a juz moj plecak laduje w bagazniku taksowki.

Plan zaczyna byc powoli wdrazany w zycie. Rodzinka okazuje sie byc tak serdeczna, jak tylko to sobie mozna wymarzyc. Siedmioletni synek tuli sie do mnie i opowiada przerozne historie, a tesciowa gdy slyszy, ze chce isc sama w gory mowi
- Dobrze, ale dopiero po lunchu!

Gdy w koncu docieram na miejcse, gdzie zaczyna sie szlak, a wlasciwie nieoznakowana sciezka w gory okazuje sie, ze nie bedzie tak latwo. Podstawowy problem to to, ze jestem sama. Pojedynczych nie wpuszczaja. Takie prawo. Na nic sie zdaje moje ¨ale jak to?¨ oraz zapewnienia ze ja sie na gorach znam, mam doswiadczenie i sobie poradze. ¨Nie!¨. Jedyna opcja to czekac na kogos kto bedzie szedl i sie dolaczyc. W dodatku okazuje sie, ze za czekanie bede musiala zaplacic, bo rozbicie namiotu kosztuje. Co za absurd!

W koncu zjawia sie Ktos. Dostane pozwolenie jezeli bede szla caly czas z nim i z nim wroce. Jak sie okazuje Ktos idzie do jeziorka oddalonego o dwa dni drogi, ma zamiar nad jeziorkiem dwa dni siedziec, a nastepnie wrocic ta sama droga. A moje gory?, szczyty?, najwyzszy Pico Bolivar?, tygodniowa petla? Ze scisnietym sercem i lezka w oku mowie ¨no dobrze¨. Na co straznicy: ¨75 boliwarow¨ (do dzis nei wiem za co). Ktos tez wie co to biznes – jesli nie znim, to nie pojde wcale: za mozliwosc przylaczenia sie i jemu sie grosik nalezy. Przekleta samotnosc! Nie bede placic za siedzenie nad jeziorem. Wyglada na to, ze gory nie dla mnie tym razem.